Drodzy moskwiczanie i goście stolicy! Moskiewskie metro to system transportu, którego użytkowanie wiąże się z podwyższonym ryzykiem.

(Informacja w wagonie metra)

sobota, 23 lutego 2013

Maybe if I leave tonight, I won't come back..

 


 Dymitr Lebiediew
Димитри Лебедев
|27lat|Członek Zakonu, aktualnie na własne życzenie odbywający szkolenie na Stalkera|Hanza-Dobrymińska|

 "I'm waking up to ash and dust.
 I'm breathing in the chemicals.
 I'm r a d i o a c t i v e."



Od najmłodszych lat marzyciel śniący o podbiciu świata. Marzenie małego chłopca uległo w gruzach w dniu, gdy wybuchła "apokalipsa" jak lubi zwać to co obecnie dzieje się na świecie. Miał zaledwie siedem lat, gdy ten cały koszmar się rozpoczął. Uratował się dzięki własnej porywczości oraz fantazjom. Nigdy nie bał się niczego. Dzień wcześniej pokłócił się z ojcem, który próbował wybić mu z głowy jakiekolwiek podróże - miał się uczyć, a potem iść w jego ślady. Zostać szanowanym prawnikiem tak jak jego starszy brat i wszystkie wcześniejsze pokolenia. Ale temu małemu chłopcu ani się to śniło! Więc spakował plecak, wziął wszystkie swoje oszczędności, które zgromadził w śwince - skarbonce i.. uciekł. I tylko odchodząc pocałował swoją mamę pogrążoną we śnie szepcząc ciche "kocham Cię mamusiu". A potem..? Potem miał w planach wsiąść do pierwszego lepszego autobusu, pociągu, czy cokolwiek mu się napatoczy i wyjechać zza granice miasta, a potem kraju. Okazało się jednak, że samotny, siedmioletni chłopczyk wzbudza większe zainteresowanie niż mu się mogło wydawało. I tak uciekając przed policją, która go spisała pytając dlaczego nie jest w szkole i gdzie są jego rodzice trafił do Metra. A potem..? Potem rozpętało się piekło.

"If we could only forget about
those rules which
lock us in a cage.
"

Mówią, że osoby noszące imię Dymitr "są ludźmi pełnymi fantazji, natchnionymi twórcami i poszukiwaczami różnych cudów i dziwów. Żywo interesują się światem i wszelkimi jego tajemnicami. (..) Dymitr to oryginał, ktoś kto wykracza poza wyobrażenia swojego środowiska. (..) Skłonni są w życiu do różnych ryzykownych posunięć; bywają nieostrożni i siły mierzą na zamiary. Bliższy jest im ideał poszukiwacza przygód niż skrzętnego mieszczanina." I o dziwo, ten opis idealnie pasuje do pana Lebiediewa. Dlatego trudno się dziwić, że Metro okazało się dla niego zarówno wybawieniem jak i przekleństwem.

"Can nobody hear me?
 I cannot breathe."

Przez pierwsze parę tygodni, a nawet miesiące pod ziemią, Dymitr błąkał się pomiędzy ludźmi - pierwsze szukał kogoś znajomego, ostatecznie zdał sobie sprawę, że jest skazany sam na siebie. I o dziwo, nie przeraziło go to aż tak bardzo. Żałował tylko jednego - że już nigdy nie zobaczy swojej rodziny,  a ostatnim co usłyszał od niego jego ojciec było przepełnione gniewem zranionego siedmiolatka "nienawidzę Cię". Radził sobie na swój mały, pokręcony sposób. Kradł. I nigdy nie był z tego dumny, ale wiedział, że gra toczy się tutaj o przetrwanie. Któregoś dnia jednak za cel ubrał sobie nieodpowiedniego człowieka, który przyłapał go na gorącym uczynku. Mężczyzna o przenikliwych, szarych oczach przeraził małego chłopca, ale ostatecznie sprawił, że życie dla Dymitr'ia w Metrze nie było już takim koszmarem. Ostatecznie owy mężczyzna stał się założycielem Zakonu, który zajmować się miał ochroną ludzi, którzy przeżyli. Dymek nigdy nie dowiedział się dlaczego Siergiej zwrócił na niego uwagę i zamiast ukarać go za kradzież przygarnął go do siebie - zawsze powtarzał mu tylko, że dostrzegł w nim potencjał. I nie pomylił się - wychował chłopca jak syna, ale przede wszystkim na sprytnego wojownika. Żyło mu się nieco lepiej niż większości mieszkańców, może dlatego udało mu się wyrosnąć na dobrej postury mężczyznę, który mierzy ponad metr osiemdziesiąt, ma bujne, brązowe włosy i hipnotyzujące, zielone oczy. Lata treningów wyrzeźbiły mu sylwetkę, ale przede wszystkim zapewniły rozrywkę. Podczas ćwiczeń wyładowywał i nadal wyładowuje swoją frustracje. Bo.. Bo on dusi się w Metrze. To nie jest miejsce dla niego. Dlatego szybko przekonał się, że i Zakon nie jest dla niego odpowiednim zawodem. On potrzebował Słońca, przestrzeni, wolności. Teraz był jak ptak zamknięty w klatce. Liczył, że przystępując do Zakonu będzie miał możliwość wychodzenia na powierzchnię, ale okazało się to złudnym marzeniem. Działo się tak tylko w sytuacjach krytycznego zagrożenia, a na dodatek przez pierwsze lata słyszał tylko, że jest za młody na takie wyprawy.. Więc zbuntował się, co nie mogło nikogo dziwić, bo od dawna wiadome, było, że Dymitr to osoba wybuchowa, nienawidząca ograniczeń. I może dlatego też łatwo Członkowie Zakonu zgodzili się by robił to co chce. Zażądał szkolenia na Stalkera i tak się stało. Został więc przeniesiony do Stacji "Dobrymińska", gdzie aktualnie odbywa szkolenie. 
____________________________
[Nie jestem z karty tak do końca zadowolona, ale cóż, jest jaka jest :> jeżeli są jakieś błędy to przepraszam, ale dawno nie byłam na blogu o takiej tematyce i próbuje się odnaleźć :)
zdjęcie - tumblr. 
cytaty: głównie z piosenek Imagine Dragons, ale jeden pochodzi z piosenki Mroza, przetłumaczoną na angielski. ]   

160 komentarzy:

  1. [Jaka świetna historia. Co powiesz na wąteczek z Payką? Skoro szkoli się na stalkera, to mogliby się gdzieś spotkać, albo coś. Np. mógłby być zainteresowany jej młodym wiekiem i faktem, że jest stalkerką, czy cuś... xD ]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Gdyby Dymitr miał lat siedem w chwili obecnej i był tym samym zagubionym chłopcem, Sonia by go przygarnęła, zaopiekowała się nim bardzo chętnie i nie oddałaby go Siergiejowi, o.]

    Fiodorowa

    OdpowiedzUsuń
  3. Podróż na inną stację była dla Iyi zawsze niemałym przeżyciem. Czuła się niepewnie, gdy opuszczała znaną na wylot okolicę i zagłębiała się w tunele, których zakamarki skrywały najróżniejsze tajemnice. To, co było obce, budziło strach, a strach oznaczał słabość. Słabości nie mogła tolerować, nie w chwilach, gdy była gdzieś, komuś, w czymś potrzeba, gdy musiała działać, pracować, pomagać. Miała obowiązek, z którego powinna i z całego serca chciała się wywiązać. Czasem żałowała, że wymaga to od niej również wypraw na sąsiednie stacje, by zdobyć zaopatrzenie lub spotkać się z bardziej doświadczonymi sanitariuszkami czy lekarzami, ale zazwyczaj po prostu tłumaczyła sobie, że z lękami powinna walczyć. Pomagało lub nie, i tak pakowała torbę, wkładała wygodne buty i szła, choć wymagało to od niej ogromnego uporu i szczerej, głębokiej chęci niesienia innym pomocy. Gdyby nie to, nigdy nie ruszyłaby się ze swojego prowizorycznego łóżka w wagonie pociągu na Pawieleckiej. Gdyby nie to, już by jej nie było.
    Tego ranka miała wybrać się tylko - albo aż - do sąsiedniej, dobrze jej znanej stacji. Dobrynińską zamieszkiwała jej mama, która tam właśnie opatrywała rany i odbierała porody, walcząc o mydło i bandaże tak, by nikomu nie musiała odmówić pomocy. To od niej Iya uczyła się zarówno praktycznych rzeczy, jak chociażby to, skąd wziąć niezbędne materiały i jak nastawić złamaną kończynę czy czym leczyć kołatające w piersi serce, ale brała od niej także inne lekcje. Najważniejszą wciąż próbowała przyswoić: jak pokonywać własne ograniczenia. O tym myślała, przedzierając się przez ciemność cuchnącego zgnilizną tunelu i próbując nie piszczeć, gdy spod jej stóp umykały jakieś drobne żyjątka, postukując o beton miniaturowymi łapkami. Powtarzała sobie w myślach, że nie wolno jej być słabą, bo ma cel, do którego powinna za wszelką cenę dążyć. I to wkrótce zrobiła, przyspieszając, by dotrzeć wreszcie do miejsca, w którym okrąg światła objął jej sylwetkę, dając dziewczynie wszechogarniające uczucie ulgi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Witaj w metrze. c:
    Przyznam, ciekawa i wciągająca historia. Szczególe te dziecięce "Nienawidzę Cię". :'D Uwaga - Dymitr nie może zobaczyć słońca. Oślepnąłby. Taki malutki szczegół na przyszłość. ]

    OdpowiedzUsuń
  6. [To niech się nie da od niej zabrać, o!
    Dymek - padłam. *_*]

    Fiodorowa

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Widocznie ludzie lubią zaskakiwać. Owszem, może, to jest jeszcze legalne. <D Swoją drogą - chcesz wątek? ]

    OdpowiedzUsuń
  8. [ JA pewnie zaczynam jeszcze gorzej, ale coś tam mogę spróbować... ]

    Często kręciła się w tej części metra, biorąc pod uwagę swoją profesję. Nigdy nie przeszkadzały jej tłumy, samotność zresztą też jej nie doskwierała, chociaż musiała przyznać, że lubiła, gdy jednak ktoś był obok. Payowski charakter jednak sprawiał, że bardzo często między nią a resztą mieszkańców tuneli stał dziwny mur, z tabliczką "Niebezpieczna, nie zbliżać się". Co nie zmieniało faktu, że i tak wielu ją znało, chociażby pod pseudonimem "Diabeł..." czy "Diablica z Czortanowskiej". Niekoniecznie co prawda byli w stanie dokładnie wskazać ją, gdy ta plotka wpadała na języki ludzi... Jej to jednak nie przeszkadzało. Ważne, że mówili, że pamiętali... I nie kręcili się niepotrzebnie po jej ukochanej, opuszczonej stacji. Wtedy miała pewność, że jak usłyszy jakiś podejrzany dźwięk, to może zabić bez wahania... Co nie zmieniało jednak faktu, że często opuszczała Czortanowską, tak jak teraz. Niezbyt wysoka, z przyciągającą wzrok fryzurą, bowiem rude, czyste włosy, miała puszczone luźno, by niemal dotykały pośladków, niepozorna. Tak naprawdę Ci, którzy nie wiedzieli kim jest, mieli ochotę podejść do niej i nią potrząsnąć, każąc smarkatej uciekać, bo to nie jej miejsce. Dobra, miała 22 lata w tym roku, kogo to jednak obchodziło?


    OdpowiedzUsuń
  9. Iyę od pierwszych dni życia definiowało to, że urodziła się pod ziemią. Nie mówiono o niej: o, to córka Raisy Voronov, dobrze się chowa, rozkoszny z niej malec. Jej matka słyszała raczej: "nie przywiązuj się do bachora, zaraz zemrze na popromienną" albo "patrz, jakie to-to blade, dziecko bomby". Początków rzeczywiście nie miała łatwych, bo wytykana była palcami, jak niespotykane zjawisko - zupełnie tak, jakby była pierwszym dzieckiem, które zostało poczęte i urodzone w czasie "po". Może dlatego, że stacja, na której osiedlili się jej rodzice, była dość spokojnym miejscem, prawie jak dawniejsze podmiejskie osiedle, gdzie każdy każdego znał, narodziny Iyi były tak dużym wydarzeniem. Ona sama, gdy podrosła, nie rozumiała tego, ale ludzie wciąż patrzyli na nią podejrzliwie, jakby obawiali się, że wyrośnie jej trzecia ręka czy ujawni jakąś inną anomalię na swoim ciele. A ono było zwyczajne, niezmienione szkodliwym promieniowaniem, przynajmniej w tamtym czasie, gdy kilkuletni brzdąc biegał pomiędzy nogami pracujących w pocie czoła lekarzy.
    Potem nauczyła się nazywać siebie: córka pana doktora. Wszyscy zaczęli mówić o niej w ten sposób, gdy jej ojciec wyszedł z "problemów", jak jego depresję nazywali sąsiedzi, a potem wrócił do operowania. Pomagał innym bezinteresownie, nie chcąc niczego w zamian, co szybko pozwoliło mu zyskać szacunek dla siebie i dla swojej rodziny. Iya przestała być wytykana palcami, co znacznie ułatwiło jej życie - zyskała w podziemiu przyjaciół, a z racji przyjaznego nastawienia do świata i ludzi, bardzo szybko również dorośli zaczęli doceniać jej towarzystwo. Już jako siedmiolatka potrafiła zarazić swoim optymizmem lub rozbawić setkami zadawanych pytań, dotyczących największych głupot - jak choćby to, jak mogłoby wyglądać połączenie pingwina z człowiekiem. Była lubiana i już nikt nie patrzył na nią podejrzliwie, obawiając się, że zaraz padnie na ziemię i zacznie wić się w agonalnych spazmach.
    Gdy skończyła dziesięć lat, to medycyna i głęboka chęć ratowania ludzkiego życia zaczęły kształtować jej charakter. Już wtedy od dawna zaznajomiona była z technikami pierwszej pomocy, ale jako prezent na okrągłą rocznicę urodzin tata sprawił jej wyjątkowy prezent - możliwość uczestniczenia w operacji. Przyglądała się im od lat i wiedziała, jak przebiegają konkretne procedury, ale dopiero tego dnia miała możliwość zajęcia miejsca przy jego boku nad prowizorycznym stołem operacyjnym. Nie mieli sterylnego pomieszczenia, wystarczyć im musiał biały namiot z dala od ludzi, brakowało im rękawiczek, opatrunków i lekarstw, a narzędzia chirurgiczne były już poważnie uszkodzone, ale chorzy na nic więcej nie mogli liczyć. Pamiętała, że chodziło wtedy o poważne rany w obrębie jamy brzusznej, pamiętała smród gnijących od jadu jakiegoś potwora wnętrzności, pamiętała ciepło krwi na nagich dłoniach... I pamiętała, że ten mężczyzna przeżył. Pamiętała wszystko - jego imię, kolor oczu, a nawet zapach ciała, bo po latach zjawił się w jej wagonie ze skradzionym skalpelem w dłoniach. Nie powiedziała mu, że nie jest lekarzem. Podziękowała i wróciła do pracy, a w nocy zalała poduszkę łzami.

    OdpowiedzUsuń
  10. Od zawsze miała wyjątkowy dar, który ułatwiał jej życie pod ziemią - nie potrzebowała nikogo, by ją motywował, bo sama robiła to doskonale. Potrafiła tak pokierować swoimi myślami, że same dążyły w odpowiednim kierunku, dodając jej sił i chęci do robienia tego, do czego została stworzenia. Do leczenia. Wymagało to od niej więcej pracy, niż ktokolwiek ją uprzedzał, gdy jako nastolatka stawała przy boku ojca, przytrzymując ciężkie haki, rozdzierające ciało człowieka niemal na pół. Ale nic nie potrafiło ją zrazić i nic nie mogło jej złamać. Nigdy, przenigdy - bo ma swoje własne, wewnętrzne źródło, które nie ma prawa zgasnąć.
    Z tą myślą również tego dnia stanęła u boku matki, pomagając jej w ciężkiej pracy na jej stacji. Tutaj pacjentów było dużo więcej, niż na Pawieleckiej, głównie dlatego, że miały tu miejsce szkolenia stalkerów. Wracali oni później do swoich namiotów poranieni, często nie mając nawet świadomości, że ich obrażenia są poważniejsze, niż mogłoby się zdawać, więc trafiali w odpowiednie ręce zbyt późno. Było więc wiele poważnych przypadków, które potrzebowały chirurgicznej interwencji, ale także mnóstwo drobniejszych problemów, jak cierpiąca prawdopodobnie na zapalenie płuc dziewczynka i staruszek ze złamaną nogą. Te przypadki należały do Iyi, która ze zwykłym sobie entuzjazmem zabrała się do pracy, gdy tylko wyszła z wrażenia, jakie zrobiła na niej kolejna samotna podróż ciemnymi, cuchnącymi tunelami metra.
    Tak zajęta, nie miała nawet czasu, by pomyśleć o powrocie do domu, zanim zgasną wszystkie lampy, a straż zamknie przejścia. Miała zbyt wiele pracy, by zastanawiać się nad takimi drobiazgami - przez cały dzień nie miała nawet nic w ustach, bo szkoda było marnować choćby chwilę na odpoczynek. I w chwili, gdy matka już miała wygonić ją, by przynajmniej napiła się herbaty, bo zaraz padnie z wycieńczenia, do namiotu wpadło kolejne już tego dnia zakrwawione ciało. Powstało zwykłe w takiej sytuacji zamieszanie - szukanie miejsca dla rannego, szorowanie rąk we wrzącej niemal wodzie i piekących skórę mydlinach, staranne wyliczanie opatrunków. Raisa zniknęła, zostawiając ten przypadek córce, wezwana do trudnego porodu na drugim krańcu stacji. Iya obawiała się, że mężczyzna będzie potrzebował przynajmniej szycia, jeśli nie chirurgicznego oczyszczania tkanek, ale nie okazała emocji. Posłała mu uśmiech, podchodząc do niego z całym potrzebnym ekwipunkiem i zaczerwienionymi od intensywnego szorowania dłońmi.
    - Cześć. Jestem Iya. - rzuciła przyjaźnie, mając nadzieję, że w ten sposób nieco uspokoi mężczyznę. - Zajmę się tobą. - dodała, sadzając go zdecydowanym ruchem na niskim taborecie pośrodku namiotu. Z nią nie było dyskusji, nie w takich chwilach. Kazała mu usiąść i nie ruszać się, a sama sięgnęła po nożyczki i pochyliła się nad jego zranionym ramieniem, ostrożnie rozcinając pozostałe skrawki ubrania, które mogłyby jej przeszkadzać w założeniu opatrunku. Jej oczom ukazała się poszarpana rana, na widok której ledwo powstrzymała skrzywienie. Nie mogła pozwolić sobie teraz na emocje.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ojciec czasem zwracał się do niej pieszczotliwie: Trauma, bo, jak lubił podkreślać, do tego została stworzona. W jej dłoniach widział ogromny potencjał, który miała możliwość wykorzystać już w najmłodszych latach, co, jak się okazuje, nie wyszło jej na dobre. Teraz jednak nie myślała o tym czasie, a jedynie przywoływała słodkie wspomnienia z w gruncie rzeczy dobrego, spokojnego dzieciństwa w Metrze. Z rozkosznym dreszczem wzdłuż kręgosłupa przypominała sobie, jak tata sadzał ją sobie na kolanach i pokazywał podręczniki do biologi, które miał przy sobie w dniu wybuchu - po latach były już tak zniszczone i pożółkłe, że ledwo dało się odczytać litery, ale to z nich Iya uczyła się anatomii człowieka i sposobów funkcjonowania wszystkich układów. Godzinami przesiadywała w jego prowizorycznym gabinecie, a on w wolnych chwilach odpytywał ją z nowo nabytej wiedzy, nie przejmując się zupełnie tym, że kilkulatka powinna raczej bawić się z innymi dziećmi w berka niż nurzając dłonie we wnętrznościach nazywać wyczuwane pod palcami organy. Ona jednak nie narzekała, bo ojciec był dla niej niepodważalnym autorytetem, wręcz świętością, której mała Iya potrzebowała jak tlenu. I rzeczywiście szkoliła się na chirurga urazowego, choć pod ziemią nikt by tak tego nie nazwał. Przezwisko ojca aż do pewnego momentu pasowało do niej jak ulał.
    Rozpraszając myśli, które w pewnym stopniu utrzymywały ją przy zdrowych zmysłach, skupiła się na siedzącym przed nią mężczyźnie. Nie była pewna, czy to on jest tak wysoki, czy ona tak niska, ale nawet, gdy siedział, musiała unosić ręce, by dosięgnąć jego ramienia. Może nie była to najwygodniejsza dla niej pozycja, ale cieszyła się, że przynajmniej siedzi spokojnie i nie ucieka przed wszystkimi jej zabiegami, jak potrafili robić niektórzy stalkerzy. Bo to, że nim jest, było dla Iyi oczywiste w tej samej chwili, w której wszedł do namiotu, choć przez moment zastanawiała się, czy nie jest na to za młody. Budowa ciała wskazywała jednak na to, że ze wszystkimi monstrami radzi sobie świetnie, choć wcale nie chciała wiedzieć, co takiego z nimi robi. Zabijanie, nawet, jeśli chodziło o krwiożercze kreatury, przerażało ją. Wolała nie zastanawiać się nad tym dłużej, niż to absolutnie konieczne.
    - Przepraszam! - rzuciła pospiesznie, gdy jej uszu dobiegł syk zaskoczonego mężczyzny. Nie wiedziała, czy to z bólu, czy rzeczywiście jedynie nie spodziewał się, że tak szybko zabierze się do pracy, ale i tak było jej przykro. Żałowała, że nie może podać mu niczego przeciwbólowego, ale zwyczajnie nie przewidywano takich lekarstw dla ran, które nie potrzebowały chirurgicznej interwencji. Tutaj miało wystarczyć szycie i czyste opatrunki, a choć i o to mogło być trudno, Iya jeszcze nie zastanawiała się, jak zabezpieczy ramię mężczyzny. Najpierw musiała oczyścić miejsce, gdzie przyssała się do niego bestia, by nie wdało się tam żadne zakażanie. I na tym się skupiła - jak zawsze nie pozwalając sobie wybiegać myślami zbyt daleko w przyszłość.
    - Jestem z Pawieleckiej, pomagam tutaj tylko dzisiaj. - odparła, ze zdumieniem zauważając, że jej zabiegi przestały już wzruszać mężczyznę, bo nie wzdrygał się już przy każdym, najdrobniejszym choćby ruchu. - Jesteś tu częstym gościem? - zapytała zaraz, mając nadzieję, że rozmowa zadziała przynajmniej w niewielkim stopniu znieczulająco. Ściągnęła już z rany wszystkie strzępki ubrania, odsłaniając krwawą miazgę na jego ramieniu. Wraz z głębokim wdechem zapanowała nad wyrazem twarzy, czując na sobie wzrok bruneta[?], a nie chcąc, by pomyślał, że jest źle. Choć, jak sam stwierdził chwilę wcześniej, bywało gorzej. Ale zaraz sięgnęła po wygotowane gaziki i środek odkażający, a to już nie miało być przyjemnie. Nie ostrzegała jednak o tym, co zamierza, podejrzewając, że mogłoby to przynieść skutek odwrotny do zamierzonego.

    OdpowiedzUsuń
  12. [wybacz, na zdjęciu nie widać, a w tekście mi to umknęło ;p]

    Czasem zdarzało jej się myśleć, że lubiłaby swoją pracę jeszcze bardziej, gdyby tylko mogła odbywać się w innych warunkach. Wiele dałaby za prawdziwe, chirurgiczne nici i niezbędne antybiotyki albo kilka tabletek paracetamolu więcej, niż miała w przydziale. Nie narzekała jednak, bo na to nie pozwalała jej natura prawdziwej optymistki, która w każdym mroku doszukuje się jasnego promyczka nadziei. Teraz też uważała, że jej sytuacja jako sanitariuszki nie jest najgorsza - ma przecież wodę i poprzecierane, ale wciąż użyteczne bandaże. I co jakiś czas odbiera poród, co oznacza, że ludzie nie tracą wiary. Żyją dalej, kochają i tracą, a nie tylko walczą o przetrwanie, jak powtarzają jej wszyscy wokół. Nie, skoro wciąż może trzymać w ramionach zdrowe, rozkrzyczane niemowlaki, które, jak ona, nigdy nie poznają innej rzeczywistości. I one też ją pokochają, Iya wierzyła w to, więc nad każdym nowo narodzonym maluszkiem zmawiała krótką modlitwę - o szczęście.
    Oczywiście, że przepraszałaby za każde ukłucie bólu w jego ramieniu, gdyby tylko dał jej znać, że cierpi. Byłaby to oznaka ogromnej naiwności z jej strony, bo Iya zwyczajnie wierzyła, że to jedno słowo może przynieść ulgę, ale też nie wstydziła się tego. Uparcie powtarzała, że nastawienie może wiele zmienić, nawet ukoić fizyczny ból, jeśli tylko jest się w stanie dostatecznie na tym skupić. I czuła się też po prostu winna, że nie może pomóc w taki sposób, jakby tego naprawdę pragnęła, a choć nie od niej zależał brak potrzebnych środków, potulnie zgadzała się na bycie tym, na kogo spadną pretensje. Jeśli tylko innym będzie w ten sposób choć odrobinę łatwiej, była gotowa na wszystko, na każde poświęcenie.
    Nie wszyscy byli tacy jak on - opanowani i chętni do współpracy. Iya niejednokrotnie została już zraniona przez ludzi agresywnych lub też zbyt upartych, by poddać się jej woli, ale tym razem czuła się pewnie. Wiedziała, że on zniesie jej zabiegi bez niepotrzebnych skarg, choć nie mogła mieć pewności, że później zastosuje się do wszelkich zaleceń, bo wyglądał jej raczej na kogoś, kto lubi pakować się w kłopoty. Przeczuwała, że wróci do niej w ciągu kilku dni z kolejną raną... Tu urwała, uświadamiając sobie, że jej tu już nie będzie. Wiedziała jednak, że w każdej sytuacji otrzyma odpowiednią pomoc i opiekę, więc mogła być o niego spokojna. W każdym razie była mu wdzięczna za współpracę, bo znacznie ułatwiał jej tym zadanie.
    Na jego słowa tylko skinęła głową, ze zmarszczonymi brwiami oglądając jego ranę. Nie chciała teraz niepotrzebnie się rozpraszać, więc nie odpowiedziała, planując najpierw wykonać dość nieprzyjemną dla niego część swojej pracy, by dopiero później zadać jakieś ogólnikowe pytanie. Potem miała sięgnąć po igłę i zacząć pewnie najbardziej bolesną część swoich zabiegów, a chciała, by i to zniósł bez szemrania, zajęty swoją opowieścią. Ledwo jednak zdążyła dotknąć jego skóry, a z ust wyrwało mu się donośne syknięcie, na które znów, oczywiście, zareagowała gwałtownymi przeprosinami. I zaraz podniosła na niego wzrok, mając ochotę przeprosić raz jeszcze, kiedy zatrzymało ją jego rozbawione spojrzenie. Natychmiast powróciła do rany, starając się ukryć rumieniec, jaki mimowolnie wpłynął na jej policzki.
    - Uwaga, będzie boleć jak diabli. - uprzedziła, zanim sięgnęła po wydezynfekowaną igłę i wbiła ją w skórę na jego ramieniu, łącząc brzegi rany z wprawą godną dobrze szkolonego chirurga.

    OdpowiedzUsuń
  13. [ A co powiesz na wątek z Inną? :D ]

    OdpowiedzUsuń
  14. Nawykła do jęków bólu i donośnych skarg Iya niemal z przyjemnością, jaka wcale nie była w tej sytuacji na miejscu, szyła ramię mężczyzny, który zupełnie nie reagował na wywołujące najwięcej cierpienia części jej zabiegów. Znosił wszystko ze stoickim wręcz spokojem, co imponowało jej, po podejrzewała, że nie stoi za tym jedynie siła ciała, ale także, a może przede wszystkim, charakteru. W swojej pracy spotkała bardziej napakowanych od niego stalkerów, którzy szlochali, gdy wbijała im w skórę igłę - on nawet nie jęknął, a jedyną oznaką dyskomfortu były napięte mięśnie i lekkie skrzywienie na twarzy. Tak, on nie cierpiał, jemu było po prostu niewygodnie! A przynajmniej tak z rozbawieniem w myślach podsumowała go Iya, bardzo szybko zapominając o prowadzonej zrywami rozmowie, uśmiechu nieznajomego czy swoim rumieńcu.
    Zanim jednak brunetka zdążyła dobrze skupić się na takim zszywaniu poszarpanej rany na jego ramieniu, by blizna, która pozostanie, była gładka i jak najmniej widoczna, niespodziewanie zauważyła coś dziwnego. Mężczyzna przyglądał się jej uważnie, a choć ona nie pozwoliła sobie nawet zerknąć w jego kierunku, doskonale wiedziała, że nie obserwował tego, co wyprawia z jego zranieniem, ale patrzy na nią. Znów poczuła, że robi jej się ciepło pod wpływem jego badawczego spojrzenia, ale tym razem zdołała powstrzymać wpływający na policzki rumieniec, zanim mogła dać się w ten sposób skompromitować. Uznała, że dzieje się z nią coś dziwnego - może rzeczywiście powinna była coś zjeść - ale zanim była w stanie poświęcić temu choć chwilę zastanowienia, mężczyzna skierował w jej stronę pytanie. Znów poczuła wyrzuty sumienia, że z jej obietnic, iż zabawi go na tyle zajmującą rozmową, by niczego nie poczuł, nic nie wyszło, ale tym razem zamiast przeprosić po prostu stłumiła poczucie winy. Jego szycie bez znieczulenia w ogóle nie ruszało, więc dlaczego ją miało?
    Z cichym westchnieniem zerknęła na szatyna, by choćby spróbować domyślić się, do czego zmierza swoimi pytaniami. Czy naprawdę chciał się tego dowiedzieć, czy była to tylko forma zapełnienia sobie czasu? A jeśli chodziło rzeczywiście o jej zajęcie, to dlaczego tak bardzo go to interesowało? Nie wnikała w to jednak za bardzo, uznając, że z całą pewnością dojdzie do wniosków, które, znów, nie będą na miejscu. I tylko dała sobie trochę czasu do namysłu, ocierając przedramieniem czoło, do którego przylgnął pojedynczy kosmyk ciemnych włosów.
    - Byłam pod ręką. - odparła najpierw, chcąc ograniczyć się jedynie do tej odpowiedzi; po chwili jednak zdecydowała, że nic nie zaszkodzi jej wyjaśnić trochę dokładniej. - Przyszłam tu dziś rano po zaopatrzenie dla Pawieleckiej, ale okazało się, że potrzebna była dodatkowa para rąk, więc zostałam trochę dłużej. Niedługo będę wracać do siebie. - wytłumaczyła, nie spiesząc się z tym za bardzo, gdyż właśnie zakładała ostatni szew na najbardziej poszarpanym fragmencie skóry i potrzebowała pełnego skupienia. Gdy jednak przyjrzała się krytycznym okiem zakończonej już w tym miejscu pracy, uznała, że efekt jest co najmniej zadowalający - z uśmiechem spojrzała na mężczyznę, jednocześnie przesuwając delikatnie kciukiem tuż przy wiszących skrawkach niebieskich nici, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Zaraz potem odsunęła się od szatyna i stanęła nad zlewem, by znów wyszorować dłonie, zanim założy opatrunek i odeśle go z surowym zakazem forsowania ręki przez najbliższe dni. Wróciła do niego po chwili, uśmiechając się radośnie.

    OdpowiedzUsuń
  15. - Prawie gotowe. W nagrodę, że byłeś taki dzielny, dostaniesz ode mnie trochę maści przeciwbakteryjnej, cieszysz się? - rzuciła, teraz już pełna uzasadnionego entuzjazmu: wykonała przecież kawał dobrej roboty i mogła być z siebie dumna. Z tą myślą znów pochylił się nad ramieniem mężczyzny, wyciskając na palec dosłownie ociupinkę cennego leku, którym pokryła wszystkie te drobne ranki i zadrapania na skórze, które nie wymagały szycia, ale nie wyglądały zbyt zdrowo. Robiła to starannie, w pełni skupiona, ze zmarszczonymi brwiami, bo była doskonale świadoma, że to zadanie jest nawet ważniejsze niż samo zszywanie dużych zranień - przecież i te najmniejsze, pozostawione same sobie, mogą narobić dużo szkód. A gdy pokryła już maścią wszystkie ranki na ramieniu mężczyzny i dostrzegła, że na palcu zostało jej jeszcze odrobinę leku, zaczęła szukać miejsca, gdzie mogłaby go zużyć. Zauważyła niewielkie, krwawiące zranienie na skroni chłopaka. Czystą dłonią sięgnęła po skrawek świeżej waty i otarła je, a potem również nałożyła maść, ściągając brwi w wyrazie całkowitego skupienia.

    OdpowiedzUsuń
  16. W żadnym wypadku nie mogłaby się dziwić mężczyźnie, że chciał już iść, bo przecież zdążyła przez ostatnich kilkanaście minut porządnie go wymęczyć, nawet, jeśli w najdrobniejszy sposób nie dał tego po sobie poznać. Wiedziała, że nie jest typem kogoś, kto potrafiłby długo usiedzieć bezczynnie w jednym miejscu - on musiał działać, mieć jakieś zajęcie, cel. Zupełnie jak Iya. Zauważyła to w tej samej chwili, w której wszedł do namiotu, a oceniła go po sposobie, w jaki z początku opierał się przed jej interwencją, ale także po tym, jak później tkwił spokojnie i poddawał się wszystkim jej zabiegom. Najwyraźniej chciał mieć to jak najszybciej za sobą, by zaraz móc wrócić do swoich spraw, do życia stalkera, które tak sobie upodobał. A ją cieszyło zawsze, gdy widziała, że jej pomoc rzeczywiście przyniosła skutek, jak to było w tym wypadku - rana była zaszyta równiuteńko, a blizna, która co prawda nie miała być zbyt ładna, z całą pewnością nie miała również przeszkadzać mu w pracy czy zaburzyć funkcjonowania ręki. To był jej sukces, z którego miała pełne prawo być dumna, choć taką postawę sanitariusza nie wszyscy pochwalali. Ale Iyi dodawało to sił, wzmacniało w niej wiarę, że wszystko ma jakieś większe znaczenie, niż tylko to, które mogła ocenić od razu. Czy komplikowała sobie życie? Pewnie tak, ale nie mogło jej to specjalnie obejść.
    I gdy mężczyzna podniósł się, nie powstrzymywała go, wiedząc, że nawet gdyby uparła się, by zatrzymać go na obserwację, on zrobiłby po swojemu. Na szczęście w tym wypadku miała niemal zupełną pewność, że nie wystąpi gorączka czy sączenie z rany, tak niebezpieczne w warunkach, w jakich przyszło im żyć, a znała się na tym doskonale. Wierząc, że mężczyzny nie spotka już nic złego, przed czym mogłaby go uchronić, spokojnie zajęła się swoimi sprawami. Myjąc ręce, wciąż jednak zerkała w jego kierunku, choć starannie ukrywała przed nim swoje zaciekawienie, udając bez reszty skupioną na szorowaniu poczerwieniałych od gorącej wody palców.
    A potem dotarły do niej jego słowa i przeraziła się nie na żarty. Nie uśmiechała jej się samotna wyprawa na Pawielecką, a tym bardziej nie zamierzała dopuścić do sytuacji, w której utknęłaby pomiędzy stacjami w cuchnącym mroku zamkniętych korytarzy. Musiała się spieszyć, więc w popłochu zbierała swoje rzeczy: torbę, poprzecieraną, za dużą bluzę, którą odziedziczyła po ojcu, oraz pakunek z zaopatrzeniem dla swojej stacji, a potem zawahała się jeszcze przez moment, zanim ruszyła do wyjścia. Nie wiedziała do końca, co ją zatrzymało, bo tak już była skupiona na czekającej ją wyprawie, że niemal zupełnie wyłączyła się na otaczający ją świat, ale wreszcie zdołała skoncentrować się na słowach stojącego tuż przed nią mężczyzny. Zerknęła na swoje dzieło na jego ramieniu.
    - Ale na pewno nie muszę ci mówić, że masz nie forsować ręki i takie tam bzdety? - zapytała jeszcze, powątpiewając, by miał zadbać o siebie tak, jak powinien, co wyrażał jej lekko rozbawiony uśmieszek. I już miała pozwolić sobie na krótkie kazanie, w którym zabroniłaby mu ćwiczeń przez kilka najbliższych dni, gdy zrezygnowała z tego, uznając, że i tak nic z tego do niego nie dotrze. Zamknęła otwarte do pierwszego słowa usta, a potem jedynie podziękowała mu, że w porę upomniał ją, iż powinna już iść. Nie wspomniała słowem o ranie i opatrunkach, co jeszcze przez chwilę dręczyło ją, gdy uznała, że przez to nie wykonała swojej pracy. Wreszcie jednak ponownie uznała, że on i tak nic nie zrobi sobie z jej słów, a ona powinna już biec, jeśli chce zdążyć przed zamknięciem granic poszczególnych stacji. I tylko jeszcze rzuciła w jego stronę życzenie powodzenia, a zaraz potem wykonała ruch, jakby chciała odwrócić się na pięcie i wybiec, gdy nagle zachwiała się gwałtownie. Poczuła, że jednocześnie robi jej się słabo i gorąco, i zimno, i niedobrze, a w następnej chwili ogarnęła ją nieprzebrana ciemność. Pod jej bezwładnym ciałem ugięły się nogi i runęła na podłogę, wypuszczając z rąk pakunek, z którego wysypały się czyste bandaże i chusty...

    [-.-]

    OdpowiedzUsuń
  17. Iya zazwyczaj bała się ciemności - tej gęstej, dusznej od smrodu zgnilizny i porastającej ściany niekończących się korytarzy pleśni, tej, w której czaiły się nieznane niebezpieczeństwa, potwory i ludzie, którzy bez większego powodu pragnęli ją skrzywdzić. Ale nie chodziło już nawet o te wrażenia, które odbierała, czy o realne zagrożenia, jakie mogły spotkać ją w tunelach metra, a raczej o to, co sobie dopowiadała i wyobrażała, gdy nie było światła, które pokazałoby jej rzeczywistość. Chodziło o pewne nie do końca określone obawy, które się w niej rodziły, a z którymi nie potrafiła sama walczyć, bo obłapiały ją, wypełniały wszystkie jej myśli, spowalniały ruchy. Bała się ciemności, choć nikt, nawet jej mama, o tym nie wiedział - bo, jak lubiła powtarzać, jej słabość to błędy i cierpienie innych. A na to nie mogła sobie pozwolić. Wiedziała, że jeśli pozostawi to tylko dla siebie, to doskonale sobie poradzi, bo miała tę swoją motywację, wewnętrzną siłę, która nie pozwoli jej się poddać, zaginąć w mroku. I zamierzała tak właśnie robić.
    Tym razem jednak ciemność była dla niej łaskawa. Otuliła ją miękko, pozwalając jej na chwilę oddechu, bezwzględnego spokoju, w którym nie ma zupełnie nic - jest wszechogarniająca ulga i ciepło bijące od wewnątrz, przez co ta ciemność nabiera innego znaczenia. Daje nadzieję i siły, wspomaga, regeneruje. W niej Iya czuła się jak w Niebie, choć nie miała pojęcia, jak ono wygląda, teraz jednak wiedziała, że tak właśnie będzie sobie je odtąd wyobrażać: jako bezgraniczny spokój i obezwładniające poczucie bezpieczeństwa. Było jej tak dobrze!
    A potem jakieś ręce, jakieś inne, zupełnie zewnętrzne ciepło zaczęło ją dręczyć, dotykać, drażnić. Odganiała je od siebie, pragnąc pozostać w mroku, który otulił jej umysł, ale to nie było możliwe. Wracała jej świadomość, a wraz z nią czucie własnego ciała, które w tej chwili nie było wcale przyjemnym wrażeniem. W pierwszej chwili pomyślała nawet, że umarła - w nozdrzach poczuła kwaśny zapach krwi, a cały organizm odmawiał jej współpracy, aż nie była w stanie poruszyć choćby najmniejszym mięśniem w twarzy. Wkrótce jednak wszystko zaczęło wracać do równowagi, choć jej organizm pozostawał nieczuły na polecenia, jakie mu wydawała. Ciało miała jak z waty, oddech urywał jej się, a w głowie, choć leżała i miała zamknięte oczy, kręciło się jak po kilkunastu obrotach wokół własnej osi. I jeszcze to ssanie w żołądku, tak nieprzyjemne, jakby miała tak jakieś drobne, harcujące wesoło zwierzątko.
    Jęknęła przeciągle, gdy uświadomiła sobie, co się stało. Zemdlała! Jak to możliwe?! Nie miała pojęcia, dlaczego to się jej przytrafiło - była dość wytrzymała, by móc sobie pozwolić na dzień bez jedzenia czy nawet łyka wody, aż tu nagle coś takiego! I to na oczach tego mężczyzny, którego przed chwilą szyła... Czuła obok siebie jej obecność, choć nie mogła jeszcze otworzyć oczu, pewna, że gdy to zrobi, zwymiotuje - nawet mimo tego, że żołądek miała idealnie pusty. Wreszcie wygrało jednak zażenowanie, które czuła mimo swojego stanu i ogólnego osłabienia. Uchyliła powieki, unosząc do oczu dłoń, by osłonić je od światła stojącej na półce tuż nad nią lampy. Zaciskając wargi wolną ręką próbowała wesprzeć się o brzeg prowizorycznego legowiska, ale okazała się zbyt słaba, by podnieść się choćby do siadu. Z bladymi rumieńcami wstydu na niemal białej twarzy odnalazła oczy pochylającego się nad nią mężczyzny.
    - Przepraszam... - wymamrotała ochryple - Zaraz mi przejdzie, już będzie w porządku. - zapewniła go natychmiast, a choć słowa z trudem przeszły jej przez gardło, nie mogła pozwolić, by szatyn niepotrzebnie zamartwiał się o nią. Widziała zmarszczkę na jego czole, zupełnie dla niej niezrozumiałą, i słyszała jego przekleństwa, również brzmiące jak coś dziwnego, więc z miejsca zapragnęła go uspokoić, bo zwyczajnie nie mogła znieść jego niepokoju. I znów próbowała usiąść, ale dla zaprzeczenia swoich słów jedynie po raz drugi okazała się na to zbyt słaba, znów opadając ciężko na twardy zagłówek.

    OdpowiedzUsuń
  18. Mężczyzna pewnie miał rację, mówiąc, że Iya powinna oduczyć się ciągłego przepraszania. Taka już była - czuła się winna nawet wtedy, gdy wcale nie powinna, bo nie stało się nic złego, nikt nie poczuł się zraniony czy urażony. Nie było to wcale z jej strony zabiegiem celowym, bo nie chciała ubezpieczać się na wszelki wypadek, a jedynie rzeczywiście czuła potrzebę okazania skruchy i pokory. Nie zawsze jednak działało to na jej korzyść, bo niektórzy wręcz z dziką satysfakcją wykorzystywali jej dobre serce i tę skłonność do wzbudzania w sobie poczucia winy. Wciąż jeszcze pamiętała swoją frustrację, gdy zorientowała się, że jest manipulowana! Naiwnie wierzyła w dobro świata, nawet tego, w którym żyła, który tak naprawdę był bezładem i gniewem. Wierzyła w ludzi. Zawsze i pomimo wszystko.
    Teraz także szatyn wprawił ją w zakłopotanie, zwracając uwagę na to jedno słowo, którego, jak stwierdził, nadużywała. I znów miała ochotę przeprosić, tym razem za to, że przeprasza! Na szczęście w porę dostrzegła paradoks i ugryzła się w język, zapisując sobie w pamięci, by przynajmniej przez kilka najbliższych chwil schować to swoje irracjonalne poczucie winy w kieszeń, by nie stać się dla mężczyzny obiektem drwin. Tak właśnie się poczuła - jakby kpił sobie z niej i jej uosobienia, a tak naprawdę wcale jej nie znał. Ocenił ją, a ona, naiwna Iya, zamiast poczuć złość, jedynie schowała się bardziej w swojej skorupce, sądząc, że to jej wina. Może gdyby wcześniej powściągnęła swoją naturę, gdyby zatrzymała pewne rzeczy dla siebie...
    Nie mogła jednak sprzeciwić się jego bezpośredniemu rozkazowi, gdy zdecydowanie powiedział jej, by nie wstawała. W tej chwili to również było dla niej krępujące, ale ciało miała jak z waty, a członki odmawiały jej posłuszeństwa, więc ani myślała próbować podnieść się po raz trzeci. Wolała poczekać, uspokoić dziwnie przyspieszone bicie serca... Nie zdążyła jednak nawet odezwać się słowem, bo zanim się obejrzała, mężczyzna zniknął, pojawiając się po chwili ze szklanką wody. Z wybawieniem dla jej piekącego nieprzyjemnie gardła, do którego cała aż się rwała. Nie potrafiła jednak unieść głowy, na co on zareagował niemal natychmiast. Ogarnęła ją nowa fala zażenowania, gdy wsunął się za nią, przytrzymując ciało, nad którym zupełnie straciła panowanie, które nie chciało jej słuchać. Na szczęście była w stanie przełknąć kilka łyków zimnej wody, która rozkosznie złagodziła palenie w gardle, niemal wyciskając jej do oczu łzy wdzięczności. Tak, dokładnie tyle wystarczało jej, by poczuć, że świat jest piękny, a dobrzy ludzie istnieją. I odesłała w niepamięć wszystkie złe myśli, szepcząc ciche "dziękuję", gdy mężczyzna zabrał od niej opróżnioną szklankę.
    A potem znów zaczerwieniła się gwałtownie - a przynajmniej zrobiłaby to, gdyby nie chorobliwie pobladła twarz, na którą ciemne rumieńce nie miały prawa wstępu - gdy z jej brzucha wydobyło się donośne burczenie. Natychmiast poczuła też, jak mężczyzna reaguje na ten dźwięk tłumionym śmiechem, i miała ochotę zapaść się pod ziemię, zniknąć, byle tylko nie musieć więcej patrzeć mu w oczy. Taki wstyd! Jak ona go za to przeprosi, jak podziękuje mu za pomoc? Nie zdążyła jednak wydusić z siebie ani słowa, bo on już odsuwał się od niej, mówiąc coś o jedzeniu... Z cichym westchnieniem znów spróbowała się podnieść, a tym razem udało jej się obrócić na bok i wesprzeć na łokciu. Dopiero w tej pozycji podwinęła pod siebie nogi i zdołała usiąść pośrodku łóżka po turecku, opierając się o ścianę namiotu i z przymkniętymi powiekami walcząc z zawrotami głowy. Otworzyła oczy, gdy usłyszała kroki, natychmiast znów czerwieniąc się.

    OdpowiedzUsuń
  19. - Dziękuję. - powiedziała tylko, zagryzając lekko wargę, gdy dostrzegła zawartość talerza. Nie pamiętała, kiedy ostatnio jadła mięso, nie mówiąc już nawet o takiej porcji, jaką przyniósł! Mimo to, gdy podszedł do niej z jedzeniem, zgarnęła na dłoń jedynie kilka grzybów, uznając, że na nic więcej nie może sobie pozwolić - słabsi od niej potrzebowali więcej pożywienia, witamin i minerałów. Jej wystarczą suszone grzybki. Zatrzymała jednak te komentarze dla siebie, uznając, że tylko uraziłaby go tym; cudownie pachnące mięso odniesie, gdy on już sobie pójdzie.

    OdpowiedzUsuń
  20. Gdy tylko wsunęła do ust pierwszego grzybka, poczuła się jak najszczęśliwsza osoba na Ziemi - co w obecnej sytuacji właściwie nie było aż tak trudne do osiągnięcia. Sama obecność jedzenia na języku, słony posmak twardego, suchego kąska sprawił, że poczuła wręcz obezwładniającą wdzięczność. Żując powoli, by nasycić się jak najmniejszą ilością suszonych grzybów, rozkoszowała się nawet takim drobiazgiem, jak szczęk resztek piasku pomiędzy zębami. Z przymkniętymi powiekami wdychała zapach ziemi, bijący z podsuniętych pod sam nos grzybów, by wreszcie wrócić do świadomości z cichym, błogim westchnieniem. Znów było jej dobrze, choć czuła się słaba, zmęczona, a głowa ciążyła jej tak, że ledwo była w stanie utrzymać ją prosto. Ale już nie miała być głodna, a to wystarczało jej, by cieszyć się, że przetrwa kolejny dzień. Naprawdę niewiele potrzebowała do szczęścia.
    Przeżuwając starannie kolejne grzybki, obserwowała teraz poczynania mężczyzny. Patrzyła, jak szybko zbiera i pakuje środki opatrunkowe, które ona wcześniej wypuściła z rąk, i nie mogła wyjść z podziwu. Doskonale wiedział, co robić - zajął się nią wprawnie, był doskonale zorganizowany, spokojny, opanowany. Nie mogła się nadziwić, że w naturalnym odruchu zaopiekował się obcą dziewczyną - dla większości ludzi, których spotkała, byłoby to wręcz niewykonalne. On najwyraźniej, zupełnie jak Iya, nie widział w tym nic dziwnego. I znów ogarnęło ją rozkoszne ciepło, gdy pomyślała, jaką jest szczęściarą, że trafiło na niego, że zemdlała, gdy on, a nie kto inny, był w pobliżu, by przenieść ją na łóżko i zorganizować trochę jedzenia. Nie miała bladego pojęcia, jak kiedykolwiek zdoła mu za całe to dobro podziękować!
    Widząc, że pozbierał rozsypane bandaże, chronią je przed zniszczeniem - o czym ona, zła Iya, w tej chwili nawet nie pomyślała! - znów wymamrotała swoje ciche podziękowania, zawstydzona, że musiał to zrobić. Najchętniej wstałaby już i wygoniła go, a potem ruszyła do swojej stacji, ale wiedziała, że nic z tego nie jest możliwe. Póki co czuła się zbyt niepewnie, by próbować podnieść się z łóżka. On też nie wyglądał na kogoś, kto zostawi ją w takiej sytuacji, nie będąc pewnym, że wszystko jest już w zupełnym porządku. No i, oczywiście, było już zbyt późno, by miała wracać do siebie - z całą pewnością straże nie przepuszczą już jej na Pawielecką.
    A potem usiadł tuż przy niej, na co znów zareagowała lekkim rumieńcem na policzkach, które z wolna odzyskiwały już swój zwyczajny kolor. Szybko przełknęła trzymany w ustach kęs kolejnego grzybka, chcąc przynajmniej spróbować podziękować mu za to, co dla niej zrobił. Nie zdążyła jednak się odezwać, bo on uprzedził ją, pytając, czy może dotrzymać jej towarzystwa. I już miała gorąco zaprzeczyć, wyjaśnić, że nie musi zostawać, jeśli nie chce, że z całą pewnością ma coś lepszego do roboty, a ona czuje się już świetnie, gdy znów nie pozwolił jej dojść do głosu. Słysząc w jego słowach pewien upór, natychmiast zamknęła usta, dziwnie wystraszona: poczuła się, jakby za coś ją karcił. Spuściła wstydliwie wzrok, natrafiając nim na porcję jedzenia, która wręcz przeraziła ją - jak ona miała to pochłonąć? A wyrzuty sumienia? Przecież nie dadzą jej później spać! I zaraz obudził się w niej jakiś szczątkowy duch walki, może upór. Podniosła głowę i twardo spojrzała mu prosto w oczy.
    - Dziękuję, wystarczą mi grzyby. - rzuciła, natychmiast po tych słowach czując, że przesadziła. On był dla niej taki dobry, a ona tylko wybrzydzała... A jednak wiedziała, że nie ruszy mięsa, po prostu nie, choćby miał ją do tego przymuszać siłą - choć tego akurat nie spodziewała się po nim. Chcąc zamaskować swój dziwny wybuch, natychmiast odezwała się znowu.
    - Przykro mi, że musiałeś być świadkiem tego wszystkiego. Naprawdę przepraszam. Zazwyczaj nie mdleję przy pacjentach.

    OdpowiedzUsuń
  21. Czuła palące wyrzuty sumienia, bo w głowie wciąż rozbrzmiewały jej słowa, które wypowiedziała, a które wcale nie powinny paść. Miała grzecznie podziękować i pokornie zjeść kawałek mięsa, skoro tego chciał mężczyzna, skoro z jakiegoś niezrozumiałego dla niej powodu właśnie na tym mu zależało. Zrobił dla niej naprawdę dużo, a ona, zamiast okazać wdzięczność, tylko na niego naskakiwała, jakby miała mu za złe, że jej pomógł. A ona tak bardzo cieszyła się, że był obok! Gdyby nie on i jego natychmiastowa interwencja, pewnie wciąż leżałaby na podłodze tam, gdzie upadła, może nawet poobijana po bliskim spotkaniu z twardym gruntem. Dzięki niemu miała szansę powoli dojść do siebie, bo on był obok, by przejąć kontrolę nad sytuacją. I miała nadzieję, że trafi się okazja, by jakoś mu się odwdzięczyć - a za taki przejaw zwyczajnej, ludzkiej życzliwości była gotowa zrobić wiele.
    Trwała w tym wstydzie za swoje zachowanie jedynie przez chwilę, dokładnie do momentu, w którym padły kolejne słowa mężczyzny. Była w trakcie ugniatania palcami jednego ze wciąż trzymanych w dłoni grzybów, gdy znów podniosła na niego spojrzenie, po raz kolejny zastanawiając się, dlaczego rak bardzo mu na tym zależy. Nie widziała żadnego logicznie wytłumaczalnego powodu, więc tylko z zainteresowaniem wpatrywała się w szatyna, zastanawiając się, co teraz zrobi. I milczała uparcie, trwając w swoim postanowieniu. Zaraz jednak padły jego kolejne słowa, choć tym razem to ton głosu zwrócił jej uwagę - surowy i chłodny, co najmniej jakby był na nią zły. Nie rozumiała tego w najmniejszym stopniu, ale znów odebrała to jak cios z jego strony. Karcił ją, a Iya pokornie kuliła się i spuszczała wzrok, przyjmując to bez zająknienia, czując się winną, choć nie miała pojęcia czego! To po prostu wydawało jej się naturalne: skoro tak się zachowuje, to musi mieć do tego powód, więc ona musiała gdzieś zawinić. I tylko zapadła się nieco w siebie, kuląc ramiona i zakrywając twarz włosami, jednym palcem, niepewnie, odsuwając od siebie talerz z kawałkiem mięsa. Na jego skrawek odłożyła także grzybki, tylko jednego wciąż skubiąc paznokciami, choć zupełnie straciła na niego ochotę. Oddychając urywanie, ale wciąż tak cicho, że mężczyzna nie mógł tego usłyszeć, próbowała doprowadzić się do porządku, choć on, jego zachowanie, a nawet sama obecność gdzieś niedaleko wcale jej w tym nie pomagały. Wkrótce jednak pozbyła się łez, które niespodziewane zebrały się w jej oczach, jednocześnie nasłuchując dźwięków dochodzących z drugiego końca namiotu, by w ten sposób ocenić, co takiego robi nieznajomy. Z początku sądziła, że wyjdzie, ale potem usłyszała lecącą wodę i straciła na to nadzieję. Podniosła wzrok jednak dopiero wtedy, gdy stanął obok niej ze szklanką wody, którą przyjęła od niego z kolejnym szczerym, gorącym "dziękuję", choć jej głos znów był podejrzanie zachrypnięty. Nie spojrzała przy tym jednak na mężczyznę, nie była w stanie.
    - Cóż, nie pomyślałam o tym. Może kiedyś to wykorzystam. - odparła zupełnie cicho, starając się podtrzymać swobodny ton, choć wcale nie spodobały jej się te jego żarciki: znów poczerwieniała, choć tym razem włosy opadające na twarz zakryły rumieńce, chroniąc ją przed kolejnymi kpinami mężczyzny. A później zanurkowała w szklance, chowając się w niej, by nie musieć nic mówić, na nic patrzeć, nic robić...

    OdpowiedzUsuń
  22. Jednocześnie było jej wstyd, że przez taką głupotę rozkleiła się przed zupełnie obcym mężczyzną, i była na samą siebie za to wściekła. Nie rozumiała, co takiego się stało - czy zadziałało jej fizyczne wyczerpanie, czy może na moment się zapomniała - ale wiedziała, że to nie może się powtórzyć. To przecież nie pasuje do niej, do wiecznie uśmiechniętej, pełnej entuzjazmu Iyi! Niestety, dziś gdzieś ją zatraciła i wiedziała, że tamta iskierka energii już nie wróci, bo potrzebuje czasu, by w pełni zregenerować siły. A do tego momentu będzie musiała poradzić sobie jakoś inaczej, choć nie miała pojęcia, jak zdoła tego dokonać. Wiedziała tylko, że nie ma już innego wyboru.
    Z tą myślą odetchnęła głęboko, uznając, że musi jak najszybciej wziąć się w garść. Poczuła jednak, że obecność mężczyzny jej przeszkadza, że pod jego uważnym spojrzeniem zwyczajnie nie da rady wyprostować pleców i wrócić do normalnego funkcjonowania. On najwyraźniej wyczuł, że potrzebna jest jej chwila samotności, bo wyszedł, wymawiając się pozbawionym sensu powodem - było jasne, że Iya nie wróci dziś na Pawielecką. Podziękowała mu jednak cicho, wodząc za nim wzrokiem, dopóki jego cień nie zniknął ze ścian namiotu. Modliła się, by jego nagłe wyjście nie było spowodowane jej łzami, że tych wcale nie zauważył, choć wydawało jej się to niemożliwe. Mimo to zdołała odepchnąć od siebie wszelkie podobne myśli, wiedząc, że powinna wziąć się w garść jak najszybciej. Przełknęła więc ostatniego grzybka, popiła go wodą, a potem wreszcie wstała, z trudem rozplątując nogi. Ciało wciąż miała dziwnie lekkie, ręce nie chciały jej słuchać, ale gdy rozciągnęła się kilkakrotnie, powoli zaczęło wracać do niej czucie. Czuła się już zdecydowanie lepiej, do tego stopnia, że zdecydowała się na spacer do kranu, pod którym obmyła twarz, przywracając jej już niemal zupełnie zdrowe kolory, o ile w ogóle można mówić o takich w jej przypadku. I zaraz, osuszając skórę niewielką ściereczką, zabrała się za sprzątanie, cały czas walcząc z natrętnie powracającymi myślami, których nie chciała i nie potrafiła znieść. Poprawiła więc łóżko, które przy wstawaniu odsunęła nieco od ściany namiotu, a potem na nowo złożyła leżące na nim koce, by wreszcie podnieść talerz, który dotąd omijała nawet spojrzeniem. Postawiła go niedaleko wejścia, skąd, jak miała nadzieję, szatyn zabierze go, gdy tylko się pojawi. Spodziewała się, że teraz, widząc ją już na nogach, w pełni sił, po prostu pożegna się i zniknie. Nie miał obowiązku tkwić przy niej wcześniej, tym bardziej teraz nie musiał się już nią opiekować. Myślała o tym z palącym policzki wstydem: okazała się nie tylko niewdzięczna, ale także głupia, co on sam podkreślił, a co tak bardzo ją dotknęło. Nie powinno, bo mężczyzna miał rację, była idiotką.
    Z zamyślenia wyrwało ją pojawienie się znajomej sylwetki w wejściu do namiotu. Podniosła na mężczyznę wzrok znad torby z opatrunkami, nad którą pochylała się, sprawdzając, czy czasem niczego w niej nie brakuje, bo skoro miała całą noc na przygotowania do powrotu, mogła upewnić się, że przynajmniej wszystko ze sobą weźmie. Wyprostowała się, obciągając w nerwowym ruchu poprzecieraną w wielu miejscach, stanowczo za dużą bluzę, prawie tak, jakby chciała schować się w nadmiarze materiału, choć to nie było możliwe. I z idiotyczną nadzieją, wstrzymując oddech, wpatrywała się w szatyna, czekając na wyjaśnienia, czego się dowiedział.

    OdpowiedzUsuń
  23. Może nie powinna tak wyraźnie dawać mu do zrozumienia, że nie potrafi myśleć o niczym innym niż powrót do domu, ale nawet nie pomyślała o tym, że w taki sposób znów może ściągnąć na siebie jego kpiny lub złość czy też jakoś go urazić. Nie zastanawiała się już nad niczym bardziej, niż było to konieczne, bo do jej ciała wracała dawna, swobodna Iya - wracał jej uśmiech i dobry humor, a także optymizm, bez którego, jak sądziła, ani rusz. Nie robiła sobie więc aż takich nadziei, z góry wiedząc, że w tej kwestii jest skazana na porażkę, choć tym również nie miała się przesadnie przejąć. Po prostu spędzi noc tutaj, pomagając mamie w porządkach, a może także przy pacjentach, jeśli jacyś pojawią się w nocy. A na Pawieleckiej jakoś się rano usprawiedliwi, choć wątpiła, by kogokolwiek miało zadowolić wytłumaczenie, że się zasiedziała. Potrzebowali środków opatrunkowych, ale teraz już nic więcej nie mogła zdziałać, potem jedynie przeprosi...
    Nie okazała więc po sobie wielkiego rozczarowania, gdy mężczyzna oznajmił jej, że nie będzie mogła wrócić do siebie, bo na taką właśnie odpowiedź przygotowała się już wcześniej. To tylko jej naiwność pozwalała jej wierzyć, że może zdarzy się cud, ale jego brak nie poruszył jej przesadnie. I już miała wracać do przerwanej czynności, nie widząc powodu, by miała dłużej marnotrawić czas, gdy dotarł do jej uszu powód, dla którego tak naprawdę nie mogła ruszyć się ze stacji: mutanty. Wzdrygnęła się gwałtownie na samą o nich wzmiankę, choć szybko zamaskowała ten odruch, upominając się w myślach, że nie powinna zachowywać się w ten sposób. Miała znów być silną Iyą, a strach był najgorszym możliwym objawem słabości. I tylko sztywno skinęła głową na słowa szatyna, znów przez moment nie patrząc na niego, by dopiero po chwili zadrzeć głowę i posłać mu nikły uśmiech. Do tego czasu zdołała się pozbyć z myśli podsuwanych przez wyobraźnię makabrycznych obrazów, w której jej ciało było zjadane przez wielogłowe kreatury...
    - Dziękuję. Za wszystko. - powiedziała cicho, ale tym razem mając głos wręcz ciepły od szczerej wdzięczności, która przez nią przemawiała. Zaraz również przywołała na twarz lekki uśmiech, z którym przekrzywiła głowę, zerkając na mężczyznę, jakby widziała go po raz pierwszy. Przebrał się, zauważyła to niemal od razu, a ta pozornie nieznaczna zmiana zrobiła z niego w oczach Iyi zupełnie innego człowieka. Nie widać już było rany na jego ramieniu, bo zakrył ją czarny materiał, choć plamy krwi wciąż znaczyły skórę nieco poniżej rękawka, tam, gdzie nie było żadnych zranień i brunetka nie dotarła z środkiem odkażającym. Automatycznie przestała widzieć w nim jedynie pacjenta, którego trzeba zszyć, ale dostrzegła mężczyznę - starszego, dobrze zbudowanego, o lekko kpiącym uśmieszku, którego wciąż nie potrafiła sklasyfikować.
    - Naprawdę doceniam wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Gdybyś tylko czegoś potrzebował... - zawiesiła wymownie głos, wiedząc, że nie musi kończyć. I znów uśmiechnęła się, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że przez kilka ostatnich chwil zwyczajnie się na niego gapiła. Zakłopotana, przygładziła nerwowo włosy, które i tak nie mogły jej posłuchać, a potem jedynie przestąpiła z nogi na nogę, zastanawiając się: co teraz?

    OdpowiedzUsuń
  24. Niespodziewanie znów została sama, a choć jeszcze chwilę wcześniej było to dla niej wybawieniem, teraz poczuła się wręcz zagubiona. Nagle miała wrażenie, że grunt spod jej nóg umyka, choć tym razem nie miało to nic wspólnego z zawrotami głowy i sensacjami w okolicach żołądka, które, swoją drogą, wciąż odczuwała po przełknięciu zaledwie kilku grzybków. Teraz poczuła się po prostu... samotna. Tak, miała gdzie spać i miała co jeść, bo mężczyzna nie zabrał ze sobą przyniesionego wcześniej mięsa, ale nie było w pobliżu nikogo, do kogo mogłaby otworzyć usta. Jej mama miała wrócić dopiero rano, jak dowiedziała się z wiadomości przyniesionej przez kilka lat od niej młodszą dziewczynę, która również szkoliła się na sanitariuszkę. Oznaczało to, że była skazana na siebie, a bezczynność mogła wręcz doprowadzić ją do szaleństwa. Gdyby była u siebie, z pewnością znalazłaby sobie zajęcie - odwiedziłaby przyjaciół albo pobawiłaby się z dziećmi z wagonu obok, a jeśli byłaby bardzo zmęczona, zajęłaby się cerowaniem i łataniem znoszonych ubrań, których była właścicielką. Tutaj zmuszona była znaleźć sobie jakieś mniej pożyteczne zajęcie, choć nie miała zbyt wiele siły - wybrała więc sprzątanie, ale sen zmorzył ją szybko. Zasnęła zwinięta w ciasny kłębek, jak przestraszone zwierzątko, które próbuje ukryć się przed całym światem.
    Z samego rana znów była gotowa do drogi. Po porannej toalecie w polowych warunkach zjadła jeszcze niewielką porcję wołowiny, która została jej po kolacji, nie chcąc powtarzać błędów z poprzedniego dnia, a potem zebrała swoje rzeczy i ruszyła w kierunku tunelu prowadzącego na Pawielecką. Chciała jak najszybciej wrócić do domu, bo była świadoma, że czekają tam na nią, a właściwie na zaopatrzenie, które powinna była przynieść już wczoraj. Zadbała więc o to, by już niczego jej nie zabrakło, zapakowała butelkę wody i mogła iść... A właściwie mogłaby, gdyby nie strażnicy, którzy zatrzymali ją, stanowczo nakazując, by zawróciła. Natychmiast przypomniała sobie słowa mężczyzny z poprzedniego wieczora, gdy wspomniał o mutantach, a przed oczami znów stanęła jej wizja zjadającego ją potwora, ale szybko odsunęła ją od siebie. Z dziecinną brawurą w głosie broniła się, twierdząc, że wcale jej to nie przeraża, że musi iść i kropka, a jeśli oni nie potrafią sobie poradzić z paroma zmutowanymi zwierzątkami, to może powinni wezwać kogoś bardziej kompetentnego. Zwykle nie traciła nad sobą w ten sposób panowania, ale dziś była niewyspana, a przez to rozdrażniona i zła. Bała się także, że za to ogromne opóźnienie na Pawieleckiej będzie czekała ją kara, więc walczyła, jak tylko potrafiła, by móc ruszyć w trasę. Już nawet próbowała przemknąć pomiędzy strażnikami i po prostu wbiec do tunelu, ale uniemożliwili jej to, wymierzając Iyi potężny cios prosto w brzuch. Był to niepotrzebny przejaw agresji, na który ona starała się nie reagować; zwinięta w kłębek z bólu oddychała szybko, by wreszcie wyprostować się, wciąż czując rwanie i pieczenie w miejscu, gdzie uderzyła ją pałka. I znów zaczęła domagać się, by ją przepuścili, gdy nagle dotarł do niej znajomy głos. Spojrzała przez ramię, czując, że na twarz znów wpełzają jej rumieńce. Miała nadzieję, że nie dostrzegł ani ich, ani tym bardziej wydarzenia sprzed chwili, gdy strażnik ją uderzył. Nie chciała, by powstało zamieszanie, pragnęła tylko wrócić do domu!

    OdpowiedzUsuń
  25. Była przyzwyczajona nie tylko do wyzwisk i oszczerstw, ale także do fizycznej przemocy - jej ciało nosiło tego ślady, blizny na rękach układały się w wymyślne wzory, które Iya podziwiała czasem jak swego rodzaju dzieła sztuki. To było coś, co w pewnym stopniu ją ukształtowało, ten gniew, który w nią uderzał, ta nienawiść, której celem był ktoś zupełnie inny, to sprawiło, że stała się silniejsza. Zrozumiała, że nie jest ważna jako jednostka, a tylko ciężką pracą zdoła zasłużyć sobie na minimalny szacunek wśród ludzi. Nauczyła się zaciskać zęby i przeć naprzód, nie zważając na spadające na nią ciosy i obelgi. To mogło płynąć obok niej, jeśli tylko potrafiła zamknąć się w swoim małym światku, gdzie nie było gniewu - była tylko nieskazitelna biel, ład i porządek doskonałego wszechświata.
    Do tego zakątka zamierzała w chwili, gdy tuż przy niej zmaterializował się postawny szatyn. Nie wiedząc dlaczego, dokładnie w tej chwili, gdy prześliznął po niej nieuważnym spojrzeniem, stwierdziła, że dobrze byłoby schować się w jego ramionach - zniknęłaby w nich, a on mógłby ją ukryć tak, by już nic jej nie groziło, by nie wisiała nad nią żadna pałka ani żadne równie mocno raniące słowo. Był to tylko przebłysk, idiotyczna myśl, która pojawiła się w oszołomionej bólem i strachem głowie, gdy jednocześnie wiedziała, że zaraz znów zostanie sama, że w ciemność wejdzie sama, że również sama zostanie pokonana i przemieniona w proch, w strzępek, w cień pozbawiony znaczenia i historii. Czuła się silna i słaba w tym samym czasie, a choć doskonale wiedziała, czym jest to spowodowane, nie dopuszczała do siebie takich myśli. Nie było jej wolno się rozdrabniać.
    O jego ruchu wiedziała sekundę przed tym, jak zamachnął się, powalając na ziemię większego od siebie przeciwnika. Najpierw ze zdumieniem patrzyła, jak pięść trafia na ciało, rozbija i zgniata tkanki, a siła odrzutu powala szerokiego w barkach mężczyznę wprost na zakurzone, spękane płyty peronu, by dopiero później zrozumieć, co się stało. Poczuła paraliżujący strach, który niemal przyssał jej stopy do ziemi, aż nie była w stanie drgnąć, jedynie dłoń, która dotąd ochraniała zraniony brzuch, zacisnęła się w pięść na wytartym materiale bluzy, którą Iya miała na sobie. Z bólem wypuściła w płuc powietrze, obserwując wydarzenia jak zza grubej szyby, choć była w samym centrum całego tego zamieszania. Nie miała pojęcia, co się dzieje, bo w chaosie, który zapanował, dotarło do niej jedynie głuche dudnienie, jakie wydaje uderzająca o ciało pałka. Dopiero wtedy powrócił jej głos, a wcześniejszy przerażony pisk zamienił się w krzyk, natychmiast uciszony jakimś uderzeniem, które nadeszło gdzieś z boku, niespodziewane, więc dużo bardziej bolesne. Skuliła się, przypominając sobie: bądź pokorna, pochyl głowę, a nic ci się nie stanie. Nie potrafiła jednak zachować się w ten sposób w obliczu tego, co działo się tuż pod jej nosem - obcy mężczyzna właśnie stanął w jej obronie, narażając swoje zdrowie, a nawet życie, bo ona chciała wrócić do domu. To za dużo, to za dużo, powtarzała w myślach, modląc się, by to już się skończyło, by on wstał, by tylko nie umarł tutaj, przez nią...

    OdpowiedzUsuń
  26. A potem nastało nowe zamieszanie, choć w powietrzu Iya wyczuła już coś zupełnie nowego, obcy strach, ale także rozczarowanie. Chyba dopiero wtedy zrozumiała, dlaczego niemal nic z wcześniejszych zdarzeń do niej nie dotarło - oczy miała pełne łez, a w uszach dzwoniło jej od szybko krążącej w żyłach krwi. Opanowała się pospiesznie, ocierając policzki ze słonych kropel, starając się także opanować drżenie ciała, które jak na złość nie chciało jej opuścić. Póki co była zbyt oszołomiona, by czuć coś więcej, choć powoli odzyskiwała świadomość. Nie chciała tego, bo wiedziała, co przyniesie z sobą: strach, ból i wyrzuty sumienia.
    Nawet nie pomyślała o tym, by gdziekolwiek iść. Nie myślała właściwie o niczym, zapomniała, po co było to wszystko... Ale mężczyzna zmaterializował się przed nią, co natychmiast pomogło jej wrócić na ziemię. Patrzyła na jego dłonie i już doskonale wiedziała, co musi zrobić: wrócić do domu. Oddać zaopatrzenie, a potem zaszyć się w swoim wagonie, pod wytartym kocem, wciskając nos w pachnącą zdobytym niemal cudem mydłem. Na jego pytanie skinęła głową jak kaczka, nie będąc w stanie zmusić się do żadnej innej reakcji, wciąż dziwnie oddalona, choć już świadoma tego, co się wydarzyło. Stanął w jej obronie. W pewnym sensie zaopiekował się nią. Więc mimo strachu przed dłońmi, które jeszcze chwilę temu zaciśnięte były w pięści, które sprawiały ból, podniosła na niego wzrok, a potem z wdzięcznością przyjęła jego propozycję. Jeszcze chwilę temu nie narzekałaby na samotną podróż na Pawielecką, ale teraz nie wyobrażała przedzierać się przez pogrążone w mroku korytarze na własną rękę. Znów kiwnęła głową, obserwując, jak rozmasowuje kark, aż sama mimowolnie dotknęła brzucha, modląc się, by nie miała złamanego żadnego żebra. Chyba bolałoby trochę bardziej, prawda? A potem dotarły do niej obelgi stojących nieco dalej strażników i zauważyła zaciśniętą pięść mężczyzny. Dotknęła dłoni, której jeszcze chwilę wcześniej wręcz panicznie się bała, a jej oczy na moment wypełniły się zwykłą dla dziewczyny łagodnością, jakby chciała powiedzieć, że nie warto, bo ona się tym nie przejmuje. Chyba słyszała już gorsze rzeczy, choć teraz czuła, że udaje przed samą sobą. Nieważne - zadziałało, szatyn odpuścił, mogli już iść. Szkoda tylko, że nie był w stanie nawet na nią spojrzeć... Wiedziała, że wini ją, ale i tak ponowne uświadomienie sobie tego bolało. Zdołała tylko wyszeptać ciche przeprosiny, a potem pokornie ruszyła za nim ze spuszczoną głową i dłonią opartą na obolałym brzuchu, czując się w tej chwili bardziej jak zwierze niż jak człowiek...

    OdpowiedzUsuń
  27. Uparcie, choć z niewielkim powodzeniem walczyła z napływającymi jej do oczu łzami, których źródła nawet nie chciała znać. Pewnie po części stało za nimi wszystko, co wydarzyło się przed chwilą, a więc zarówno jej strach, ból promieniujący z brzucha, ale także wstyd i poczucie upokorzenia. Była to mieszanina, której Iya nie odważyła się rozłożyć na czynniki pierwsze, wiedząc z góry, że nie będzie to ani przyjemne, ani tym bardziej pożyteczne. W nieświadomości było jej lepiej, spokojniej i, jak została nauczona, bezpieczniej. Wierzyła, że jeśli przezwycięży tę swoją chwilę słabości, zatrzyma w gardle szloch, wszystko będzie w porządku - wróci do domu i jej życie znów będzie spokojne, przewidywalne i nudne. Musiała tylko zagryźć zęby i przeć naprzód, zwalczyć mdłości i zapomnieć o bólu. Nie wydawało jej się to trudne - czy nie to samo robiła każdego dnia, gdy podnosiła się z łóżka i wmawiała sobie, że świat, w którym przyszło jej żyć, jest idealny?
    Gdyby nie ból, który ograniczał jej ruchy i tłumił w płucach każdy głębszy wdech, pewnie nie przeszkadzałoby jej tempo, jakim poruszał się mężczyzna. Wręcz przeciwnie - cieszyłaby się, że szybciej znajdzie się w domu, wróci do znajomych kątów i ludzi, przy których mogła czuć się swobodnie. Goniłaby go wtedy z niekłamanym entuzjazmem, próbując zagaić jakąś lekką, niezobowiązującą rozmowę, by czas, który spędzą w ciemnym, cuchnącym stęchlizną tunelu, minął im szybciej. Niestety, mieli za sobą przeżycia, których nie sposób zmazać, bo odbiły się na nich, niestety nie tylko fizycznie; Iya wiedziała już, że niektóre rany nie wiążą się tylko z siniakami i rozlewem krwi, ale sięgają głębiej, docierają do wnętrza, do samego źródła... Kuśtykała więc za mężczyzną zgarbiona i wpatrzona w czubki swoich tenisówek, walcząc z napadami mdłości, skupiona tylko na tym, by dogonić jego szybko oddalającą się o kolejne kroki sylwetkę. Nie miała odwagi odezwać się i poprosić, by odrobinę zwolnił, bo wiedziała, że targają nim w tej chwili silne emocje. Skłamałaby, twierdząc, że wcale się ich nie boi - była przerażona, bo przecież utknęła z nim tutaj, w tych ciemnościach, wśród nieznanych upiorów, z którymi sama nigdy by sobie nie poradziła...

    OdpowiedzUsuń
  28. Nie zdążyła dokończyć myśli, bo niespodziewanie szatyn zmaterializował się przed nią, a właściwie ona dotarła do miejsca, w którym zatrzymał się, oparty o ścianę tunelu. Zerknęła na niego niepewnie, czując się jak intruz, jakby zakłócała chwilę, która powinna należeć tylko do niego, odbywać się w samotności. Westchnęła cichutko, natychmiast tego żałując, bo ból promieniujący od brzucha nasilił się - wypuściła więc ze świstem zgromadzone w płucach powietrze, a potem znów spojrzała na mężczyznę, zaraz wracając spojrzeniem do czubków swoich butów. Na jego słowa tylko skinęła pokornie głową; nie pierwszy raz nazwał ją głupią, więc właściwie powinna się już zacząć przyzwyczajać, choć i tak na jej policzki wpłynęły lekki rumieńce wstydu. Nie lubiła siebie za to, bo przecież wiedziała, że ma rację - tym bardziej było jej głupio, że również jego w to wszystko wciągnęła, choć o nic takiego nie prosiła. Nie rozumiała jego zachowania, ale nie miała odwagi pytać. Ale na jego kolejne zdanie zareagowała już zdziwieniem; podniosła spojrzenie, zerkając na szatyna z ukosa, bardzo zdziwiona, że słyszy takie słowa z jego ust. Nie spodziewała się przeprosin, a już na pewno nie za to, bo choć sprawił, że poczuła nieznany dotąd lęk, właściwie nie mogła mu mieć tego za złe. I tak był jej wybawcą, tylko to się dla niej liczyło.
    Pod jego uważnym spojrzeniem znów skuliła się, garbiąc plecy, jakby wystraszona, że zauważy coś, czego nie powinien, ale dłoni z brzucha nie odsunęła - trzymała ją tam już odruchowo, czując jednocześnie dziwne pieczenie i ostre rwanie w miejscu, gdzie ciężka pałka strażnika uderzyła w jej ciało. Na szczęście wybawił ją z niezręcznej sytuacji, zadając pytanie, na które już mogła udzielić odpowiedzi - i już otwierała usta, już ważyła w ustach słowa, gdy niespodziewanie poczuła na wargach ciepło jego dotyku. Oszołomiona tym jego nagłym ruchem, posłusznie zamilkła, a jej ciało samo napięło się, gotowe do skoku, tylko... gdzie? Nie zdążyła się zastanowić - znalazła się w objęciach tego obcego mężczyzny, swojego wybawcy, a w następnej chwili chowała się za jego plecami, drżąc ze strachu i bólu, wczepiając się palcami w jego koszulkę, wtulając w nią nos, jakby miała tam swoją kryjówkę, w której schroni się przed całym złem. Błogosławiła w tej chwili swój marny refleks, bo tylko dzięki niemu nie miała czasu krzyknąć czy nawet dobrze się wystraszyć - zaraz w tunelu rozbrzmiał echem huk wystrzału, a ciałem, w które tak ufnie się teraz wtulała, targnęła siła odrzutu. Dopiero wtedy pisnęła cicho, czując, jak dopadają ją ciasne macki paniki...

    OdpowiedzUsuń
  29. Jeden strzał była w stanie znieść, bo jeszcze ciągle mogła wmówić sobie, że to tylko wyobraźnia podsuwa jej wszystkie te doznania - ogłuszający huk rozbrzmiewający echem w tunelu, gwałtowne drgnienie ciała, do którego przyciskała się tak zapamiętale, ledwo wyczuwalny swąd, zawsze towarzyszący broni. Od zawsze tworzyła pod powiekami nieistniejące światy i wyobrażała sobie inne życia, które mogłaby prowadzić, choć od dawna już tego nie robiła - dowiedziała się wreszcie, jak nazwać uczucie, które ogarnia ją, gdy to robi. Teraz jednak pospiesznie przypomniała sobie tę umiejętność, próbując zwalczyć panikę. Na próżno. Kolejny nagły wystrzał zburzył nowo budowany świat Iyi, sprawiając, że wszystkie odmiany strachu miały teraz do niej swobodny dostęp. Pozwoliła im się ogarnąć, a bezgłośny szloch targnął jej ciałem, gdy powoli docierało do niej w pełni to, co się stało. Nie chciała tego i nie pozwoliła sobie zbyt dużo myśleć.
    Nie miała pojęcia, w którym momencie dokładnie mężczyzna oderwał ją od swoich pleców, bo zarejestrowała tylko ruch gdzieś obok, nic więcej. Dopiero jego słowa, niespodziewanie łagodne, pozwoliły jej odzyskać świadomość. Panika sprawiła, że oddychała teraz szybko, ale łzy przestały płynąć po jej policzkach tak samo nagle, jak wcześniej stanęły jej w oczach. Dłonie, wciąż zaciśnięte z całych sił, zaczynały jej drżeć i bolały już, gdy niepewnie podniosła na szatyna spojrzenie, zwabiona miękkim brzmieniem jego głosu. Odetchnęła nieco głębiej, drżąco, bo wciąż nie zapominała o urazie, jakiego doznała wcześniej, a potem leciutko skinęła głową. Tak, musiał mieć rację, było już po wszystkim.
    Tylko jedno nie dawało jej teraz spokoju, gdy zdołała nieco ochłonąć: sposób, w jaki mężczyzna się zachował. Nie było w nim w tej chwili nic z człowieka, a przynajmniej Iya odniosła takie wrażenie, gdy wpatrywała się w jego twarz sekundę przed tym, jak przyciągnął ją do siebie, a potem ukrył za swoimi plecami. Przypominał jej wtedy polującego drapieżnika, o których tak wiele dowiedziała się z książek ojca: zamierającego na ułamek sekundy, by zaraz zaatakować z niebezpieczną furią. Tyle tylko, że on nawet wtedy, gdy oddawał strzały, był niemal nieruchomy, wciąż czujny i uważny, skupiony do granic możliwości. Nie, taki nie przypominał jej człowieka, bo nie dostrzegła w nim strachu, wahania, żadnych ludzkich odruchów, których ona była może aż nazbyt dokładnym przykładem. Jasne, wiedziała, że to jego praca, że do tego się szkoli, ale było w tym coś niepokojącego. Szczególnie, że w pamięci miała jeszcze jego gwałtowną reakcję przy bramie, gdy właściwie bez powodu rzucił się na strażników. I już nic nie rozumiała, niczego nie wiedziała, ale... chyba znów zaczynała się go bać.
    Z ulgą przyjęła moment, w którym odsunął się od niej, oddając jej przestrzeń do oddychania. Jasne, wiedziała, że to ona wcześniej przylgnęła do niego, wczepiając się palcami w jego koszulkę, ale to on pozwolił sobie na odrobinę zbyt wiele, gdy zdecydował się pogładzić ją po włosach. Nie była przyzwyczajona do takiego dotyku, więc cała spięła się, zamiast rozluźnić pod jego dłońmi. Na szczęście teraz był już daleko, a potem wybawił ją od szukania słów do zapełnienia niezręcznej ciszy, mówiąc, że powinni już iść. Posłusznie skinęła głową, zaraz ruszając za nim, znów wpatrzona w czubki swoich butów, z dłonią opartą na brzuchu. Wiedziała, że patrzy na nią, ale sama nie miała odwagi podnieść spojrzenia.
    - Nic mi nie jest. - odparła gładko, choć wcale nie była pewna, czy jest to prawdą. Zerknęła na niego, przypominając sobie, że on także oberwał. - A ty? Jak kark? Bardzo dokucza? - rzuciła zaraz, nie tylko dlatego, że się o niego martwiła, ale przede wszystkim po to, by on już bardziej jej nie wypytywał.

    OdpowiedzUsuń
  30. Mężczyźnie dostał się potężny cios w miejsce czułe na tego typu urazy, a Iya z doświadczenia doskonale wiedziała, jak bardzo boli uderzenie pałki, które ma ogłuszyć i pozbawić człowieka przytomności. Raz oberwała w ten sposób, a guz, który wyrósł jej później na karku, przez kilka dni ograniczał jej ruchy i nie pozwalał przybrać w nocy wygodnej pozycji do spania. Wiedziała jednak, że dla umięśnionego stalkera o mocnej budowie ciała to uderzenie nie było dużo bardziej bolesne niż ugryzienie, którego doznał poprzedniego dnia. Nie sądziła więc, by miał ją okłamywać w tej kwestii, choć z pewnością dawała tutaj o sobie znać jej wrodzona naiwność. Skoro jednak nie usłyszała z jego ust skarg, nie widziała sensu w zmuszaniu go, by zatrzymali się, odpoczęli. Jasne, wiedziała, że powinna założyć mu opatrunek, a przynajmniej wyczarować jakiś zimny kompres, by mógł normalnie funkcjonować, ale nie miała sił na walkę z nim. Czuła, że jest to niezgodne z jej naturą i przekonaniami, bo zawsze uważała, że pomoc przy każdym urazie jest konieczna, tym bardziej, gdy można przynieść ulgę w cierpieniu i sprawić, że chory szybciej odzyska dawną sprawność, ale powstrzymywał ją... strach. Tak, znów bała się mężczyzny, na którego przynajmniej przez następne dwie godziny była skazana, choć z całych sił starała się niczego po sobie nie pokazać. Wiedziała już, że niczego, jeśli chodzi o niego, nie może być pewna, bo poza gwałtownością, którą widziała w jego zachowaniu, odniosła również wrażenie, że jest kompletnie nieprzewidywalny. Może chodziło tutaj jedynie o jego impulsywność, ale Iya zwyczajnie bała się, że nie może być zupełnie przekonana co do tego, jak on zachowa się w następnej chwili, co powie czy zrobi. Oczywiście nie znała go zbyt dobrze, nie znała go właściwie wcale, ale póki co zmuszona była się mu podporządkować, co dla niej w tej sytuacji oznaczało tyle, że będzie musiała trzymać się pół kroku za nim i nie rzucać się w oczy.
    A przynajmniej to zakładał plan, który Iya ułożyła sobie w głowie po szybkiej analizie sytuacji. Od lat uczyła się, jak sprawić, by stać się prawie niewidzialną, bo ta umiejętność okazywała się niezwykle przydatna pod ziemią kompletnie bezbronnej dziewczynie. Przemykała przy ścianach, a nikt nawet na nią nie patrzył, bo i kto zwróci uwagę na tak niepozorne dziewczę? Teraz starała się zrobić to samo: wymruczała coś cicho, że to dobrze, że z nim wszystko okej, a potem minimalnie zwolniła, by już nie rzucać mu się w oczy, gdyby chciał znów o coś zapytać albo miał zamiar strzelać do jakiegoś upiora. Chciała, by w ogóle nie czuł jej obecności jako ciężaru, choć było to chyba niemożliwe - gdyby nie ona, nie byłoby go tutaj, nie szedłby na Pawielecką, nie marnował naboi... I w tej chwili, z tą myślą, wszystkie jej poprzednie postanowienia odeszły w niepamięć. Znów przyspieszyła nieco, by zrównać z nim kroku, a potem skrzyżowała na brzuchu dłonie, jakby chciała osłonić przed jego spojrzeniem to obolałe, spuchnięte już nieco miejsce. Podniosła na szatyna wzrok, niepewnie zagryzając wargę, nie mając pojęcia, jak zareaguje na jej słowa.
    - Dużo ci zawdzięczam, a nawet nie wiem, jak masz na imię. - rzuciła cicho, z pewnym wahaniem w głosie, ale starając się z całych sił ukryć pobrzmiewający w nim również strach. Bo bała się, że zareaguje ostro, że się zezłości albo... albo zrobi cokolwiek, czego ona nie będzie się spodziewać.

    OdpowiedzUsuń
  31. Nawet nie wyobrażał sobie, jak bardzo była mu wdzięczna za wszystko, co dla niej zrobił, począwszy od tego, jak zaopiekował się nią poprzedniego dnia, a kończąc na dzisiejszej bójce i stracie dwóch naboi (choć równie dobrze mógł pozwolić mutantowi ją zjeść, sam dzięki temu z pewnością miałby wystarczająco dużo czasu, by uciec). Chyba nikt nigdy nie zrobił dla niej tak wiele, nie licząc rodziców oczywiście, więc nie miała pojęcia, jak zdoła mu za to wszystko podziękować - nie miała wiele, ale była w stanie wynagrodzić mu to finansowo, choć pewnie dla niego tych kilka naboi, które mogła mu dać, nie było niczym niezwykłym, ale dla niej samej były to oszczędności życia. Już poprzedniego dnia zastanawiała się, jak mogłaby mu się odwdzięczyć, ale zniknął tak szybko, że nie zdążyła nic zrobić. Dziś wciąż było w niej to pragnienie, by spłacić swój dług, w jakikolwiek sposób, którego on może sobie zażyczyć. Nie chciała, by odszedł bez zapłaty, nie tylko dlatego, że sama miała czuć się z tym źle. Nie, sądziła po prostu, iż on także nie robi dla niej tego wszystkiego zupełnie bezinteresownie. I nawet miała powiedzieć mu, by nie liczył na wiele, ale ugryzła się w język, pytając jedynie o jego imię.
    Reakcja mężczyzny zaskoczyła ją. Na dźwięk jego głosu drgnęła nerwowo, ale zaraz znów rozluźniła się, uświadamiając sobie, że ograniczy się jedynie do tej krótkiej odpowiedzi. Najwyraźniej nie miał ochoty na jakąkolwiek rozmowę, a Iya nie miała zamiaru na niego naciskać czy na siłę próbować wyciągać z niego informacje, więc chciała znów wycofać się, by nie zakłócać jego skupienia. Nie chciała być dla niego jeszcze większym ciężarem, więc tylko skinęła głową, a potem minimalnie zwolniła, by odnaleźć swoje poprzednie miejsce pół kroku za jego plecami. A wtedy dotarło do niej, że bije od Dymitra zupełnie inna aura, niż dotąd, ale zanim zdążyła głębiej się nad tym zastanowić, do jej uszu dotarł jego głos - oschły, wręcz lodowato zimny i ostry, jakby nagle coś kazało mu pokazać, że jest taki sam, jak wszyscy. To wcale nie spodobało się Iyi, bo jak dotąd miała go za nieco innego mężczyznę, choć mętlik, jaki tworzył w jej myślach, nieco utrudniał jej trzeźwą ocenę sytuacji. Zdziwiona, pokornie kiwnęła głową, a zaraz potem przyspieszyła, próbując nie zwiększać dzielącej ich odległości, by nie zgubić się w niemal zupełnie pogrążonym w mroku tunelu. Oddychając ciężko, starała się nie potknąć, choć trudno było jej ocenić, co ma pod nogami, gdy szła tak szybko. Dodatkowo z nową mocą zaczął dokuczać jej ból brzucha, więc znów złapała się za niego, jakby dłoń oparta na bluzie mogła pomóc jej złagodzić odbierające dech w piersi rwanie i pieczenie. Wiedziała jednak doskonale, że nie wolno jej narzekać - on i tak ratował jej życie, już nie pierwszy raz, więc musiała bez słowa słuchać jego poleceń i do wszystkiego się dostosowywać. To właśnie robiła, maszerując za nim tak szybko, jak tylko potrafiła, zgięta wpół i cierpiąca. Aż wreszcie uznała, że nie da rady dłużej, przystanęła, opierając się barkiem o wilgotną ścianę tunelu, ze spuszczoną głową i przyspieszonym, nierównym oddechem.
    - Przepraszam... Mógłbyś... Na moment... - wykrztusiła, znów bojąc się choćby na niego spojrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  32. Ona też wcale nie chciała się zatrzymywać, bo wiedziała już, że mężczyźnie bardzo zależy na tym, by w jak najkrótszym czasie pokonać tunel pomiędzy stacjami, choć wolała nie zastanawiać się, czy obawia się o ich bezpieczeństwo, czy jedynie chce pozbyć się ciężaru, jakim z całą pewnością była. Starała się jednak, by te mimowolnie cisnące się do głowy myśli nie odbiły się na niej, bo jeśli tak się stanie, nie będzie mogła dalej iść. Teraz przynajmniej motywowała ją myśl, że gdzieś w mroku, tam, gdzie już nie zdoła sięgnąć wzrokiem, czają się przerażające monstra, zawsze gotowe do ataku, przed którymi powinni jak najszybciej schronić się na względnie bezpiecznej stacji. A przynajmniej Iya po ostatnich przeżyciach nie myślała już o niczym innym, jak o kryjówce w znajomym wagonie, gdzie nie będzie istnieć cała reszta świata. Do niej mogła podążać choćby tydzień.
    Chciała tylko, by na nią poczekał, o nic więcej nie śmiała prosić, nagle znów zawstydzona, że w ogóle zmuszona była się odezwać, wymamrotać tę swoją prośbę, której wcale nie chciała. Najchętniej szłaby dalej, tyle tylko, że ciało odmawiało jej posłuszeństwa. Wiedziała, że to bardzo zły objaw, bo zazwyczaj, wbrew swojej drobnej i zupełnie niepozornej posturze, potrafiła znieść wiele - ta niezbyt długa trasa pomiędzy Pawielecką a Dobrynińską nie stanowiła dla niej najmniejszego kłopotu, nawet, jeśli pokonywała ją głodna, spragniona czy niewyspana. Ale dziś coś było nie tak, choć nie dopuszczała do siebie myśli, że przy ciosie w brzuch mogło stać jej się coś poważniejszego. Ot, na skórze pojawi się paskudny, rozlany siniak, może pochodzi z nim kilka dni, może dłużej, nic wielkiego. Gdzieś jednak zapaliła już jej się złowroga, czerwona lampka, ale uparcie zsuwała myśl o niej na sam skraj świadomości, nie mogąc jej znieść.
    Postanowiła, że mimo wszystko musi iść dalej, by zupełnie stłumić towarzyszący jej niepokój, gdy Dymitr niespodziewanie znów zmaterializował się przed nią. Nie odpowiedziała na jego słowa, jedynie lekko kiwając głową, choć nie wiedziała, czy powinna się cieszyć, czy raczej martwić. Uznała jednak, że dodatkowa chwila na oddech dobrze jej zrobi, więc tylko opuściła głowę, by nie widzieć jego spojrzenia, by czasem czymś go nie... zainteresować? Zmartwić? Sama nie wiedziała, co było jej intencją, ale chyba po prostu chciała zniknąć. Chciała, by już w ogóle na nią nie patrzył, by już go nie było, a jednocześnie wiedziała, że jest przy nim bezpieczna i powinna się go trzymać tak długo, jak tylko się da. Walczyły w niej te dwie dziewczyny, ale obie posłuchały mężczyzny, gdy zasugerował, że powinna się napić. Wygrzebała z dna torby niewielką, zaledwie półlitrową butelkę wody, z której pociągnęła kilka drobnych łyczków, by szybko zaspokoić pragnienie, a potem w naturalnym odruchu podsunęła ją Dymitrowi. On także powinien przynajmniej zwilżyć gardło, więc Iya nie przyjmowała odmowy z jego strony: po prostu wcisnęła mu butelkę w dłonie i powoli ruszyła dalej, wgłąb korytarza, na nowo sprawdzając możliwości i stan swojego ciała. Liczyła, że już jej nie zawiedzie - więcej upokorzeń nie zniesie, tego była pewna.
    - Przepraszam. - powtórzyła po raz kolejny, gdy odeszła kilka kroków, oglądając się przez ramię na szatyna. Sama nie wiedziała już, za co przeprasza, ale chyba po trochu za wszystko: za swoje wczorajsze nieodpowiedzialne zachowanie i dzisiejszą decyzję o niebezpiecznej podróży do domu, jeszcze głupszą, niż poszczenie przez cały dzień. I pewnie także za swoją panikę, za słabość, którą przy nim okazywała na każdym kroku, choć zwykle z całych sił od tego stroniła. Najwidoczniej teraz tych sił jej brakowało.

    OdpowiedzUsuń
  33. Idąc tym ciemnym, cuchnącym pleśnią tunelem, mając ciągle przed oczyma plecy Dymitra, Iya czuła, że umiera. Nie chodziło wcale o rany, jakie pozostały na jej ciele po odbierającym dech w piersi ciosie z brzuch, bo one być może także mogły ją w najbliższym czasie zabić, przeradzając się w coś poważniejszego niż paskudny siniak. Nie, bo dla niej było to coś niewyobrażalnego i odległego jak istniejący przed dwudziestoma laty świat na powierzchni - stokrotki, kawa i wysokie do nieba biurowce. O tym, czy umrze w wyniku konsekwencji po uderzeniu ciężkiej pałki w kruche ciało, miała dowiedzieć się jakiś czas wcześniej - gdy dojdą na stację i jakiś znajomy lekarz oznajmi jej, że ma poważny krwotok wewnętrzny i niedługo wykrwawi się na śmierć, czy też gdy gdzieś po drodze runie na ziemię i przez jakiś czas będzie jeszcze walczyć o oddech, a potem straci przytomność. Wbrew wszystkiemu, taka śmierć właściwie jej nie przerażała - w pewnym sensie wiązała się ona dla niej z życiem w podziemiach, z konsekwencjami tego, że jej zależy. Ale nie potrafiła pogodzić się z faktem, że właśnie teraz, tutaj, w tym dusznym od cuchnących oparów, ciemnym i zimnym korytarzu mogłaby zostać zjedzona przez jakieś monstrum. To myśl o takiej śmierci wypełniała jej głowę i odbierała w piersi dech, bo nie wyobrażała sobie, by jej ciało miało zostać rozerwane na strzępy, delikatne tkanki zmiażdżone, kości połamane, narządy rozszarpane... Nie. Po prostu nie.
    W tej chwili obudził się w niej dawno uśpiony instynkt przetrwania, który kazał również jej wyostrzyć zmysły i odpowiadać na rozkazy własnego ciała, ale także Dymitra, któremu wkrótce potem w pełni zaufała. Zrozumiała po prostu, że z nim jest bezpieczna - a uświadomiły jej to cielska potworów, które zostawiali za sobą w kałużach krwi. Wciąż przerażał ją widok tego, z jaką łatwością i opanowaniem mężczyzna potrafi zadać śmiertelny cios, ale już nie czuła do niego odrazy z tego powodu. Raczej wdzięczność i jakiś rodzaj radości, że nie jest sama. Trzymała się więc blisko niego i starała nie przeszkadzać, a gdy on ruszał do walki z kolejnym stworem, posłusznie kuliła się gdzieś z boku, tłumiąc narastający w gardle krzyk. Bo monstra i sam ten ciemny, mroczny tunel z każdym krokiem wprawiały ją w coraz większą panikę. Pozostawała opanowana tylko dlatego, że musiała, bo doskonale wiedziała, że w innym wypadku Dymitr nie będzie już mógł chronić ich tak dobrze, jak do tej pory. I, oczywiście, był wciąż obok, by samą tylko szerokością swoich barków dawać jej poczucie bezpieczeństwa.
    Ostatnie kilkadziesiąt metrów przed stanowiskiem strażników Iya pokonała niemal biegiem, choć kulała lekko na jedną nogę po jakimś niewielkim potknięciu gdzieś w połowie drogi, a brzuch bolał ją już tak bardzo, że na czoło wstępowały jej kropelki potu, ale nie mogła się powstrzymać przed tym naturalnym wręcz odruchem. Dawno tak bardzo nie cieszyła się z tego, że jest na Pawieleckiej, bo dotąd zawsze wydawało jej się to zupełnie naturalne, tutaj był jej dom, tutaj w pewnym stopniu należała, ale tym razem było to coś innego. To była radość z pierwszego wdechu po wypłynięciu z morskich głębin albo świadomość posiadania twardego gruntu pod stopami po skoku ze spadochronem - tego Iya nie znała, ale wiedziała już, jak smakuje ta słodka chwila powrotu do życia. Bo tak właśnie się czuła, jakby Dymitr uratował ją z jakiegoś zawieszenia, przywrócił do świata żywych. I zaraz po przejściu przez kontrolę strażników, który tylko zerknęli na jej dokumenty, Iyka obróciła się do idącego teraz za nią mężczyzny, a na jej twarzy widniał szeroki, radosny, choć nieco zmęczony uśmiech. Nie mogła powstrzymać entuzjazmu mimo bólu i wyczerpania. I nie mogła powtrzymać też swoich odruchów. W następnej chwili już wisiała na szyi Dymitra, obejmując go z całą siłą, jaka tkwiła w jej drobnych ramionach.

    OdpowiedzUsuń
  34. W tej chwili, wbrew wszystkiemu, co było w niej głęboko zakorzenione, nie potrafiła nawet zmusić się do tego, by zastanowić się, co takiego mógł pomyśleć sobie o niej Dymitr, gdy niespodziewanie nawet dla niej samej zawisła mu na szyi. Na pewno miał ją za rozchwianą emocjonalnie, co sama stwierdziła o sobie już jakiś czas wcześniej, ale nawet, gdyby była w stanie dłużej nad tym pomyśleć, raczej nie przejęłaby się zbytnio. Była po prostu szczęśliwa i to uczucie zajmowało ją bez reszty, nic nie mogło go zaburzyć, a już tym bardziej zupełnie go zniszczyć. Żadne wyzwania nie wydawały jej się teraz zbyt trudne czy zbyt przerażające, bo przeżyła dziś wystarczająco wiele, by czerpać z tego siłę przez kilka najbliższych tygodni. Przetrwała najniebezpieczniejszą podróż pomiędzy stacjami w swoim życiu. Oczywiście, nie dokonała tego sama, pamiętała o tym - i właśnie dlatego tak ciasno obejmowała Dymitra, dlatego nie chciała go puścić. Z bezbrzeżną radością mieszała się w niej teraz także wdzięczność do tego mężczyzny, który uratował jej życie. Nie raz i nie dwa. Nawet nie dziesięć. Ratował je raz za razem, nie zapominając, jak bardzo ona jest bezbronna. Zatroszczył się o nią. Za to nie potrafiła podziękować słowami.
    - Jasne. - wymamrotała wprost w jego szyję, wcale nie mając zamiaru się ruszać, gdy mężczyzna stwierdził, że powinni zobaczyć się z lekarzem. W tej chwili nie myślała wcale o sobie, bo lampka, która po upływie kilku kolejnych sekund zapaliła się w jej głowie, krzyczała: on źle się czuje, został ranny. Dopiero wtedy odsunęła się, nie wypuszczając jednak z uścisku jego ramion, a jedynie patrząc na niego badawczo, uważnie, jakby z samego tylko wyrazu twarzy mogła wyczytać diagnozę. I zaraz dotarło do niej wszystko: dostrzegła drobne, krwawiące rany, otarcia rozsypane po całym ciele, ale przede wszystkim kątem oka zarejestrowała jedno - sączącą się w dół jego koszulki plamę krwi, pochodzącej z miejsca, które szyła zaledwie poprzedniego wieczora. Skrzywiła się, rozumiejąc, że to tylko i wyłącznie jej wina, iż znów będzie musiał przechodzić przez bolesne szycie, pewnie nie tylko tej rany, ale także kilku innych. Westchnęła cicho, a potem skinęła głową, dopiero wtedy puszczając go, choć ten nagły brak kontaktu fizycznego z mężczyzną nieco ją przeraził. Ogarnął ją taki niepokój, jakby Dymitr miał zaraz zniknąć, po prostu rozpłynąć się w powietrzu, a ona wiedziała, że tego zniesie. Bez niego nie miała być już tak bezpieczna.

    OdpowiedzUsuń
  35. Ruszyła w głąb stacji niespiesznie, pokutując teraz za swój bieg sprzed chwili. Nie było to zbyt przemyślane z jej strony - teraz wszystko znów bolało ją, choć wolała nie myśleć o tym, jak bardzo mogła pogłębić swoje urazy. Wychodziła z założenia, że co ma być, to będzie, więc nie powinna martwić się na zapas. I tylko pospiesznie opuściła rękę, która mimowolnie znów zawędrowała na jej obolały, posiniaczony brzuch; nie chciała, by Dymitr wiedział, jak bardzo cierpi. Zależało jej na tym, by on został opatrzony jako pierwszy, bo nie wątpiła, że wyjdzie z tego cało, może jedynie z kilkoma szwami, paroma nowymi bliznami. A jeśli jej stało się coś poważniejszego, to raczej nie ma pod ziemią lekarza, który mógłby jej pomóc - po co więc marnować czas, prawda? Poza tym, on był jej wybawcą, już samo to sugerowało, że zasługuje na pierwszeństwo. Jasne, wiedziała już, że potrafi być uparty, ale ona także mogła taka być, mogła z nim walczyć. Dlaczego nie? Gdy więc doszli do namiotu, w którym miała zostać im udzielona pomoc, Iya, nie zwlekając ani chwili, zaprowadziła Dymitra do znajomego lekarza, mężczyzny w średnim wieku, który powitał ją głośnym okrzykiem radości - przecież przyniosła opatrunki! Jego entuzjazm trwał jednak jedynie do czasu, gdy zobaczył, w jakim stanie jest towarzyszący jej mężczyzna. Spoważniał, zacisnął wargi, a potem przyciągnął do siebie dziewczynę, najwyraźniej rozumiejąc, jak niewiele brakowało, by zginęła po drodze do domu. Z trudem powstrzymała krzyk bólu, gdy lekarz zamknął ją w swoich objęciach; na szczęście po chwili znów była wolna. Oddychając ciężko, cofnęła się do wyjścia.
    - Jesteś w dobrych rękach. - rzuciła tylko w stronę Dymitra, a potem zniknęła, nagle pobladła na twarzy, z drżącymi dłońmi.

    OdpowiedzUsuń
  36. Teraz, czując jak ból z brzucha promieniuje na całe ciało, wstrzymując w płucach oddech i zwierając wszystkie mięśnie w ochronnym odruchu, wiedziała już, że niedługo umrze. Wcześniej nie myślała o tym zbyt wiele, bo też uraz nie wydawał się aż tak poważny - podejrzewała jedynie złamane żebro, parę siniaków, nic więcej. Na pewno nie sądziła, że będzie to coś poważniejszego, bo gdyby chodziło o jakiś krwotok, pękniętą wątrobę czy śledzionę, raczej nie dotarłaby już do domu. Miała ten swój cel: dostać się na Pawielecką, a skoro tu dotarła, nic jej nie groziło. Na pewno było to myślenie głupie i bezpodstawne, bo tutaj, tak samo jak w jakimkolwiek innym miejscu, mogła runąć na ziemię i już nigdy więcej nie otworzyć oczu. Dopiero teraz z wolna docierała do niej ta prawda - że w domu wcale nie jest tak bezpieczna, jak zwykła sądzić. A wraz z tą świadomością rodziły się w niej inne myśli, chaotyczne, wystraszone. Umrze, tego była pewna, bo przecież żaden lekarz jej tu nie zoperuje, nikt nie będzie w stanie jej pomóc. Umrze w straszliwych męczarniach, zostawiona sama sobie, samotna. I bała się, tak piekielnie się bała!
    Z głębokiego zamyślenia wyrwał ją dopiero głos Dymitra, który dotarł do jej uszu zniekształcony, jakby mężczyzna stał bardzo daleko, choć przecież czuła jego obecność tuż za swoimi plecami. Nie odeszła daleko, zatrzymała się przy najbliższej barierce, na której mogła się oprzeć, z trudem utrzymując teraz ciało w pionie, ale żałowała, że nie postarała się bardziej i nie schowała się gdzieś przed jego niezrozumiałą troską, przed powtarzanymi w kółko pytaniami. Chodziło jej głównie o to, że niepotrzebnie martwił się o nią, skoro jak dotąd sprawiała mu same kłopoty, narażała go, prosiła o tak wiele! Uważała, że powinien zająć się sobą, zignorować ją teraz, może tylko upomnieć się o naboje, które zmarnował na ochronę jej nic niewartego życia. Była mu za to dozgonnie wdzięczna, choć wciąż nie rozumiała, dlaczego podjął się tego zadania. I tylko zastanawiała się, kiedy wróci do siebie i czy kiedykolwiek jeszcze się spotkają.
    - Nic mi nie jest. - odparła cicho, gdy tylko zdołała złapać w płuca nieco powietrza. - Idź się połatać. Zaraz tam przyjdę. - dodała, obracając nieznacznie głowę, by sprawdzić, czy ma zamiar jej posłuchać i wrócić do namiotu, by dać się opatrzyć. Na nic więcej nie starczyło jej teraz siły, jakikolwiek ruch chwilowo wydawał jej się niemożliwym do wykonania wysiłkiem. Ból przyćmił jej umysł, ale przede wszystkim unieruchomił ciało. Miała jednak nadzieję, że niedługo osłabnie, choćby na moment, tylko na tyle, by zdołała znaleźć dla siebie jakieś miejsce, zwinąć się gdzieś w kłębek, a potem zniknąć. Zamiast tego dostała kolejną falę promieniującego wgłąb ciała bólu.
    - Dymitr... - szepnęła ochryple, ledwo utrzymując równowagę. - Zrobił mi krzywdę... - wymamrotała, nieco nawet zdziwiona, że te słowa padają z jej ust, ale nad nimi teraz także nie miała kontroli. Była w stanie tylko przymknąć powieki i opuścić głowę, by móc jeszcze chwilę ustać na nogach.

    OdpowiedzUsuń
  37. Wcale nie chciała mówić Dymitrowi, że cokolwiek jest nie tak, bo była doskonale świadoma, że to nie jest jego sprawa. Równie dobrze mógł w tej chwili wyśmiać ją i stwierdzić, że niepotrzebnie się maże, że nikogo nie obchodzą jej małe, głupie problemy - ani one, ani też rany zadane przez pałkę strażnika, ani tym bardziej cokolwiek innego. Może dlatego tak wielkie zaskoczenie odmalowało się na jej twarzy, gdy usłyszała jego dociekliwe pytania, a w głosie mężczyzny wyczuła źle ukrywaną wściekłość, której nie rozumiała. Zaraz jednak wydumała coś sobie po swojemu, dochodząc do wniosku, że zwyczajnie go rozdrażniła, choć przecież wcale nie miała takiego zamiaru! Natychmiast pożałowała, że w ogóle się odezwała, bo ostatnie, czego chciała w tej chwili, to ściągnąć na siebie złość czy niechęć Dymitra. Wiedziała, że musi zadbać, by zajął się nim lekarz - to przede wszystkim. A potem miała względem niego jeszcze kilka planów, ale stały one teraz pod znakiem zapytania, bo on przecież nie miał wytrzymać z Iyą ani chwili dłużej, prawda? I tylko o sobie starała się w tym momencie nie myśleć, bo doskonale wiedziała, że jeśli to zrobi, rozpadnie się na kawałki...
    Ku jej bezbrzeżnemu zaskoczeniu w następnej chwili przekonała się, że popełniła pomyłkę, tak pochopnie oceniając zachowanie Dymitra. Wcale nie był zły na nią, a - w co nie mogła uwierzyć - na tego mężczyznę, który ją skrzywdził, choć przecież jeszcze o niczym nie wiedział. Zrozumiała jednak, że wystarczył mu ten strzępek informacji, by nie tyle zainteresować się całą sprawą, ale szczerze się nią przejąć. To sprawiło, że Iyę w jednej chwili wypełniła nowa fala wdzięczności do niego, który nie tylko uratował jej życie, ale wciąż troszczył się o nią. Przekonała się o tym jeszcze dokładniej, gdy usłyszała jego kolejne słowa, brzmiące tak łagodnie, że zaczęła się zastanawiać, kto je wypowiedział, bo przecież nie pasowały do Dymitra, którego poznała. Gdyby nie to, że patrzyła przy tym na jego usta, z pewnością nie uwierzyłaby, że ten głos należał do niego. Zdołała jednak przyswoić ten fakt, tak samo jak to, że dotykał jej, zmuszając do tego, by skupiła się na nim i na jego słowach. Aż mu uwierzyła. Aż zaufała. Nie potrzebowała wiele - zaledwie nieco łagodniejszego tonu głosu i kilku zbyt pochopnie złożonych obietnic. Ale skinęła głową, wiedząc, że teraz już mu się nie sprzeciwi.
    Nie spodziewała się jednak, że Dymitr w ten sposób wykorzysta jej zaufanie, więc w chwili, gdy straciła stały grunt pod nogami, pisnęła cicho. Zaraz jednak przylgnęła do niego, czując znów ogarniającą ją gorącą wdzięczność, bo wiedziała doskonale, że gdyby nie on, już leżałaby na ziemi. Nie przejęła się nawet tym, że każdy jego krok wprawiał jej ciało w drżenie, a więc przypominał o bólu, wciąż promieniującym z miejsca, na które opadła ciężka, strażnicza pałka - po prostu zagryzła wargę, wczepiając się palcami w koszulkę mężczyzny, wilgotną od krwi. Miała tylko nadzieję, że to nie on krwawił, a były to jedynie pamiątki po zabitych po drodze potworach. Zanim jednak zdążyła jeszcze o czymś pomyśleć czy coś powiedzieć - a wiedziała, że powinna, tyle tylko, że słowa jakoś nie pojawiały się w jej głowie - byli już w namiocie, a Dymitr kładł ją na jednym z materacy. Była mu wdzięczna, że zrobił to ostrożnie, ale nie zdążyła podziękować mu za to choćby uśmiechem - w następnej chwili odpłynęła w ciemność.

    OdpowiedzUsuń
  38. Przejście z nieświadomości w sen okazało się zbyt płynne, by Iya mogła je zarejestrować, ale przecież nie zamierzała narzekać. Była zbyt osłabiona, by otworzyć oczy, więc to, że zmorzył ją sen w chwili, gdy powinna odzyskać przytomność, było jej jak najbardziej na rękę. Nie miała jednak pojęcia, że wokół niej powstało ogromne zamieszanie, gdy nie ocknęła się ani po minucie, ani po dwóch, ani po pięciu! Jakieś ręce badały ją, ktoś sprawdzał reakcje źrenic, ktoś kontrolował na przegubie ledwo wyczuwalny puls. A potem zaczęli do niej mówić, a powtarzane wciąż imię wreszcie dostało się do jej świadomości i sprawiło, że drgnęła nieznacznie, próbując odepchnąć od siebie tę smolistą ciemność, w którą wstąpiła z taką ulgą. Nie chciała wracać do rzeczywistości, w której niedługo miała umrzeć, ale nie miała wyboru. Wiedziała, co ciągnie ją tam najbardziej: Dymitr. Świadomość, że jeśli umrze, cały jego wysiłek pójdzie na marne, niespodziewanie dodała Iyi sił. Otworzyła oczy i zamrugała, osłaniając oczy przed rażącym światłem wiszących nad nią lamp, a zaraz potem z jej ust wyrwał się cichy jęk bólu. Ktoś dotykał jej brzucha, nie przejmując się tym, że podrażnia zranione miejsca, a choć ona rozumiała, że muszą sprawdzić, jak duże są obrażenia, nie potrafiła leżeć nieruchomo. Wiła się, z trudem powstrzymując narastający jej w gardle krzyk, aż wreszcie ręce cofnęły się, a w ich miejsce pojawił się cudowny, zimny ciężar, który w jednej chwili przyniósł jej ulgę.
    - Już dobrze, kochana. Już wszystko będzie dobrze. - mówiła Tamara, znajoma lekarka, która przed wieloma laty uczyła się u jej ojca, razem z Iyą podając znakomitemu chirurgowi narzędzia albo ucząc się z książek anatomii człowieka. - Porządnie oberwałaś, ale wyjdziesz z tego. - zapewniła ją z łagodnym uśmiechem, zaraz potem oznajmiając, że nie stwierdziła żadnych złamań, a to, co Iya sama zdiagnozowała jako poważny krwotok wewnętrzny, raczej nim nie było, choć bez odpowiedniego sprzętu nigdy nie można stwierdzić takich rzeczy ze stuprocentową pewnością. Po prostu jej ciało było niezwykle wrażliwe, więc w podobny sposób mogła pokutować nawet za o wiele lżejsze uderzenie. A to, że zaraz potem ruszyła w dość wyczerpującą drogę, wcale jej nie pomogło.
    Uspokojona, znów przymknęła oczy, najpierw bezgłośnie dziękując lekarce, a potem chowając twarz w dłoniach ze wstydu. Naprawdę myślała, że dziś straci życie - ale wcale nie tam, w tunelu, gdzie mogło pożreć ją jakieś cholerstwo, ale właśnie tutaj, na stercie brudnych materacy, podłączona do kroplówki, która dla niej może by się gdzieś znalazła. Zaraz jednak przypomniała sobie, że nie tylko sobie napędziła stracha, ale był ktoś jeszcze, kto się o nią troszczył, przynajmniej dziś. Rozejrzała się na boki, a potem zadarła nieco głowę do tyłu, by spojrzeć jeszcze za siebie, ale nigdzie go nie widziała. Kaszlnęła więc cicho, a potem szepnęła jego imię, ochryple i słabo, by zaraz powtórzyć je głośniej, pełna najgorszych przeczuć, że ją zostawił, że zniknął, nie czekając nawet na "dziękuję" z jej strony.

    OdpowiedzUsuń
  39. W chwili, w której usłyszała gdzieś z boku ruch, poczuła, że się wygłupiła. Dymitr był porządnym facetem, to już wiedziała, więc jak mogła pomyśleć, że zostawiłby ją, nie wiedząc nawet, co się z nią dzieje? Nie, to nie pasowało do mężczyzny, z którym spędziła kilka ostatnich godzin - który ryzykował swoje życie, by bezpiecznie doprowadzić ją do domu. To jasne, że teraz także chciał się przynajmniej upewnić, że ma opiekę na tyle fachową, na ile to możliwe tutaj, w metrze. Na tę myśl zalała ją nowa fala ciepłych uczuć do swojego wybawiciela, wśród których głównym, najsilniejszym pozostawała wdzięczność. Gdy więc zmaterializował się obok niej, siadając tuż przy jej boku, Iya uśmiechała się już, nie zważając na fakt, że na tak drobny grymas wykorzystuje resztki swojej energii. Nie mogła się jednak powstrzymać się przed tym odruchem, choć jeszcze nie starała się rozumieć, co to oznacza. Po prostu cieszyła się, że wciąż jest przy niej, bo, jak sam mówił, z nim była bezpieczna.
    - Jasne, że tak. - odparła gładko, jakby nikt nigdy nie podejrzewał, że coś mogło być z nią nie tak. Głos miała przy tym dość słaby, nieco ochrypły i zmęczony, więc gryzł się z tonem, jakim wypowiedziała te słowa, a który tak bardzo pasował do pełnej energii, optymistycznej Iyi, która jakoś od wczoraj nie umiała do siebie wrócić. Uspokajała się już jednak myślą, że wszystko jest w porządku, że jest w domu, może nieco pokaleczona, ale nic jej nie groziło. To pomagało jej utrzymać na ustach blady uśmiech.
    - A ty jak? No, pochwal się swoimi nowymi szwami. - zażądała zdecydowanie, a choć powiedziała to żartobliwie, Dymitr wolał się nie przekonać, coby było, gdyby do tej pory nie dał się zszyć! Potrafiła być uparta, a w tej sytuacji byłaby nawet gotowa wstać i sama połatać go tak, jak należy, niezależnie od tego, jak się czuła. To on miał teraz wyjątkowe przywileje, bo przecież uratował jej życie, jej własne nie było w ogóle ważne. Zaraz jednak dostrzegła na jego ramieniu sterczące nitki, więc, uspokojona, umościła się wygodniej na twardym materacu, jednocześnie sięgając dłonią do brzucha. Przykryty był mokrym kocem, który miał służyć jako zimny okład - póki co spełniał swoje zadanie. Iya nie miała jednak zamiaru spędzać tutaj reszty dnia, a choć czuła się bardzo osłabiona, wiedziała, że odrobina wody i coś do zjedzenia pomogą jej szybko wrócić do formy. A łóżko przyda się komuś innemu.
    - Dymitr... - wymamrotała, zagryzając lekko wargę; już wiedziała, że będzie jej pomysłom przeciwny! - Mógłbyś przynieść mi coś do picia? A potem zebralibyśmy się stąd. - zakończyła zaraz, a szczera chęć, by opuścić szpitalny namiot, sprawiła, że jej głos zabrzmiał mocniej, a na dotąd zupełnie białą twarz wróciły kolory.

    OdpowiedzUsuń
  40. Urosła co najmniej o dziesięć centymetrów, gdy tylko usłyszała tę sprytnie zakamuflowaną pochwałę Dymitra, choć starała się niczego po sobie nie okazać. Na jego słowa skinęła więc tylko głową, oceniając, że miał rację, bo jej szwy rzeczywiście były wykonane dużo staranniej. Po wyglądzie tych, które teraz nosił na ramieniu, z łatwością oceniła, że zostanie mu blizna, choć sądziła, że można to jeszcze naprawić, o ile tylko będzie chciał. Tak naprawdę nikomu teraz specjalnie nie zależało na wyglądzie, ale w niej już tkwiło coś takiego, jakaś chęć zachowania choć odrobiny piękna w świecie niemal zupełnie go pozbawionym, że w każdy szew wkładała tyle pracy, ile tylko mogła, by efekt nikogo nie rozczarował. Oczywiście nie zawsze wychodziło jej to tak, jak powinno, ale starała się, więc miała czyste sumienie. O ramię Dymitra też zamierzała trochę powalczyć.
    Bezbłędnie odczytała zarówno jego minę, jak i nieznaczny ruch głowy, gdy tylko dotarła do niego jej prośba, ta największa, najważniejsza, choć Iya starała się nie wkładać w nią zbyt wielu emocji. Chciała zachować rozsądek i użyć logicznych argumentów, by przekonać swojego opiekuna, jak nieświadomie zaczęła w myślach nazywać Dymitra, że opuszczenie namiotu szpitalnego to nie taki zły pomysł, jak mu się wydawało. Nie traciła wiary, gdy odszedł, by poszukać dla niej wody, a gdy wrócił, niemal natychmiast chciała zarzucić go tymi swoimi argumentami, ale nie dał jej na to szansy. Niezadowolona zmarszczyła nos, jednocześnie podnosząc się na swoim legowisku, by móc się napić, i słuchając go, choć za nic w świecie nie miała zamiaru się z nim zgodzić. Upiła łyk wody ze szklanki, potem następny, by dać sobie czas. Po słowach szatyna została jej w ustach nieprzyjemna gorycz, którą po chwili stłumiła, przywołując na twarz lekki uśmiech.
    - Nie, nie mam nikogo, ale zawsze świetnie radziłam sobie sama. - wyrzuciła z siebie pospiesznie, by czasem nie przerwał jej zbyt wcześnie. - Teraz też dam radę, nic mi nie będzie, naprawdę. A łóżko przyda się komuś innemu, ja jednak nie jestem umierająca, więc nie ma sensu, żebym tu zostawała. - mówiła dalej, wsparta na łokciu, udając, że nic jej nie boli, że wszystko jest w porządku, byle tylko pozwolił jej iść do domu. - No, proszę cię, Dymitr... - zamruczała słodko, posyłając mu jeden z tych swoich uśmiechów, którym nie można się oprzeć. Jeśli to nie podziałało, to Iya już chyba nie miała więcej sztuczek! Chciała jednak mieć dla swoich słów jakieś poparcie, więc odepchnęła się od materaca i usiadła, jedną ręką przytrzymując na brzuchu zimny okład, a drugą, w której wciąż miała kubek z wodą, zasłaniając twarz, by nie dać mężczyźnie okazji do zobaczenia na niej jakiegoś nieodpowiedniego w tej sytuacji grymasu.

    OdpowiedzUsuń
  41. Z odpowiednim podejściem Dymitr z łatwością mógłby wymusić na niej jakąkolwiek obietnicę, której ona za nic w świecie nie byłaby zdolna złamać, ale Iya od początku wiedziała, że tym razem do niczego podobnego nie dopuści. Raz dane słowo było dla niej świętością, choć nie chodziło wcale o honor, raczej o szczerość, która znaczyła dla niej wiele i stanowiła podstawę większości jej działań - nawet mimo tego, że tu, pod ziemią, wydawało się to wręcz nienaturalne. Nie potrafiłaby więc przyrzec, że nie ruszy się z namiotu szpitalnego, a potem uciec do domu, gdy tylko mężczyzna zniknie za rogiem. Już prędzej wprost powiedziałaby mu, że wyjdzie zaraz za nim, choć wtedy nie padłaby żadna obietnica. Na szczęście Dymitr nie wiedział jeszcze jak sprawić, by poddała się jego woli, choć już teraz był w uprzywilejowanej pozycji - Iya miała dla niego obecnie wiele ciepłych uczuć, które w takiej sytuacji odgrywały ogromną rolę. Zgodziłaby się więc niemal na wszystko, ale on nie naciskał, a ona nie zamierzała przecież narzekać!
    - Dziękuję! - rzuciła szybko, już rozpromieniona, już niepamiętająca, że cokolwiek jej było. W tej chwili, gdy z ust Dymitra padło upragnione "dobra", dla Iyi nie liczyło się już nic innego. Wyszczerzyła zęby, odstawiając na bok kubek z resztką wody, a potem, nie czekając ani chwili dłużej, zarzuciła szatynowi na szyję ramiona i na moment zastygła tak, spontanicznie dając upust swojej radości i uldze. Odsunęła się jedynie odrobinę zmieszana, ale wciąż z szerokim, promiennym uśmiechem na ustach. Dopiero, gdy przypomniało jej o sobie rwanie w okolicach pępka, ten uśmiech nieco przygasł, ale spoważniała jeszcze później, gdy kiwnęła na Tamarę, by oznajmić jej, że idzie do domu. Lekarka nie miała zbyt wiele "ale", choć wymogła na Iyi obietnicę, że przez kilka dni będzie na siebie uważać, a już na pewno zostanie w domu i nie będzie włóczyć się po innych stacjach. Brunetka z powagą przyrzekła, że zadba o swoje zdrowie, a gdy Tamara odeszła, wciąż poważna odwróciła się w stronę Dymitra i zapytała po prostu:
    - Pójdziesz ze mną?
    Pytanie to wbrew wszystkiemu nie było dla niej łatwe, bo kryło się już pod nim więcej treści, niż Iya chciała to przyznać, ale musiała wiedzieć. Musiała wiedzieć, czym była dla Dymitra ta podróż przez ciemny, wypełniony monstrami tunel, czym były dla niego owe pochopnie złożone obietnice, które wciąż dawały dziewczynie jakieś nie do końca dla niej zrozumiałe poczucie bezpieczeństwa. Miała kilka pytań, choć tylko dla nich nie ciągnęłaby go ze sobą, pozwoliłaby mu wrócić do domu, bo przecież wiedziała, że tego chce, by móc jak najszybciej wrócić do swojego życia, do treningów, pracy. Chciała też podziękować mu odpowiednio za uratowanie jej dupy, bo gdyby nie on, pewnie zginęłaby już po pokonaniu kilku metrów tunelu, jeśli nie jeszcze na stacji, skatowana przez strażników. Miała u niego teraz ogromny dług, którego nigdy nie zdoła spłacić, tym bardziej, że pewnie już więcej nie mieli się spotkać. Siedziała więc teraz przed nim, opanowana w ten stateczny, niezwykle poważny sposób, bo... cóż, to było dla niej ważne. I ta odpowiedź też była ważna.

    OdpowiedzUsuń
  42. Znów zrozumiała, że zachowuje się głupio, dopiero w momencie, w którym było już za późno na naprawienie tego błędu. Niepotrzebnie zajmowała się już teraz sprawami, które spokojnie mogła zostawić na później, niepotrzebnie alarmowała Dymitra, ale przede wszystkim - niepotrzebnie w ogóle się przejmowała! Jeśli mężczyzna będzie czegoś od niej chciał, obojętne, czy jako zapłaty, czy może przysługi zwrotnej, ona miała się na to zgodzić, bo przecież był jej wybawcą, uratował jej życie, zaopiekował się nią. Za to należało mu się wszystko, co tylko Iya była w stanie mu dać lub też dla niego zrobić. A jeśli miał tylko odprowadzić ją do domu, upewniając się tym samym, że po drodze nie stanie jej się nic złego, sama będzie nalegać, by jakoś mu się odwdzięczyć. Nie rozumiała, dlaczego w jednej chwili tak bardzo zapragnęła wiedzieć, co skłoniło go do podjęcia trudu przeprawy przez tunel właśnie dla niej. Po prostu czuła, że musi się tego dowiedzieć, ale rozmyśliła się w chwili, gdy Dymitr odpowiedział jej. Był przy tym swobodny, odprężony, najwyraźniej również zadowolony, że dotarli na miejsce cali, jedynie nieco pokaleczeni. I to sprawiło, że poczuła się jeszcze gorzej, ale stłumiła cisnące się na usta przeprosiny i po prostu skinęła głową, przywołując na twarz lekki uśmiech. Bez słowa przyjęła jego pomoc, doskonale wiedząc, że nie ma po co udawać, że wszystko jest w porządku - brzuch dokuczał jej, trochę trudniej było jej oddychać, więc przy wstawaniu skorzystała z podsuniętego ramienia, a potem oparła się na nim, wychodząc z namiotu. Po paru krokach spokojnie mogła iść już sama, ale jeszcze pozwoliła sobie upewnić się zupełnie, że zaraz znów nie runie na ziemię, a potem odsunęła się od Dymitra, dziękując mu cicho. Zerkając na niego i uśmiechając się lekko, poprowadziła go znajomymi ścieżkami w stronę ostatniego toru stacji, gdzie stał pociąg, którego jeden z wagonów należał właśnie do Iyi. Właściwie była tam tylko jednym z lokatorów, ale przywykła mówić, że to jej dom, jej bezpieczny zakątek.
    - Jesteśmy na miejscu. - wymamrotała, gdy zatrzymali się w pobliżu pociągu, w bezpiecznej odległości od kolejnych drzwi, by nie blokować przejścia. Wokół nich wręcz roiło się od małych dzieci, które bawiły się przed oknami swoich domów, by rodzice mogli mieć na nie oko. Nieco dalej para staruszków siedziała na wyrwanych z któregoś wagonu fotelach, łatając dziury w podniszczonych ubraniach, a z całkiem niezdanych do noszenia szyjąc koce i kołdry. Sprzed drzwi kolejnego wagonu zaś wydobywały się kłęby pary, nasycając powietrze zapachem grzybów i zboża, na które naturalną reakcją było głośne burczenie w brzuchu. Zawstydzona Iya zaczerwieniła się najpierw po czubki uszu, gdy z jej ciała wydobył się ten dziwny dźwięk, a potem wymruczała, że zaraz wróci. I rzeczywiście - po kilkunastu zaledwie sekundach zmaterializowała się znów przed Dymitrem, niosąc dwie blaszane miseczki z rozgotowaną papką, pachnącą właśnie grzybami. A potem poprowadziła go na sam koniec pociągu, gdzie, przechodząc przez kiedyś kolorową, teraz już znacznie wyblakłą zasłonkę, znaleźli się w jej kąciku, w jej domu.

    OdpowiedzUsuń
  43. Czuła się nieco dziwnie, zapraszając Dymitra do siebie, bo nie przywykła do przyjmowania gości w tym niewielkim, typowo dziewczyńskim pomieszczeniu. Od początku wiedziała jednak, że chce go tutaj, choć jednocześnie dręczył ją jakiś niezrozumiały dla niej do końca niepokój i lęk. Bała się zwyczajnie, że kiedy wejdzie do jej wagonu, zobaczy tych kilka najpotrzebniejszych sprzętów, jakieś jej własnoręcznie robione ozdóbki - zacznie inaczej ją oceniać. Wciąż jeszcze nie wiedziała, kim dla niego jest ani dlaczego tak jej pomaga, ale bardziej niż odpowiedzi na te pytania, obawiała się reakcji Dymitra na jej dom. Nie rozumiała jeszcze, dlaczego tak bardzo ją to dręczy i poświęca temu aż tyle myśli, ale starała się zbyt wiele nad tym nie zastanawiać.
    A potem weszli do jej części wagonu, oddzielonej od sąsiadów prowizoryczną ścianą z namiotowego płótna. Z początku Iyę ogarnęła nieopisana radość z powrotu do domu, ten szczególny rodzaj ulgi, który wypełnia człowieka na sekundę przed tym, jak opadnie na swój ulubiony fotel. Zaraz potem jednak rozejrzała się wokół siebie, krytycznie oceniając zakątek, z którego do tej pory była tak bardzo dumna. Z tyłu, za kolejną wyblakłą zasłonką, ułożyła na podłodze materac i urządziła tam dla siebie niewielką sypialnię, do której nie docierało światło bijących za oknami wagonu lamp. Zaraz obok, przed ową zasłonką, stały dwa fotele starannie obłożone miękkimi narzutami w jaskrawoczerwony rzucik, nad którymi Iya spędziła kilka nocy, zdobiąc materiał pieczątkami z soku z buraków. Dalej miała niewielki stolik zrobiony z jakiejś skrzynki, kilka innych siedzisk, stołków i skrytek. W kącie stała także miska, a nad nią spękane lustro, wszystko to oddzielone kolejną ozdobioną przez dziewczynę płachtą materiału. Nawet w oknach zawiesiła te swoje pełne kwiatów i kolorów materiały, jakby chciała odciąć się od tego, co na zewnątrz. Teraz rozglądała się wokół siebie, znów lekko zaczerwieniona, bo wbrew sobie musiała przyznać, że tak, jest dość przytulnie, ale jak biednie! Patrzyła na miskę w jego dłoniach i myślała, jak wiele ich dzieli, skoro ona mogła poczęstować go jedynie taką papką, podczas gdy on poprzedniego wieczora przyniósł jej kawałek mięsa.
    - Tak. Urodziłam się tutaj. - przyznała niechętnie, wciąż zajęta swoimi myślami, ale doskonale świadoma, że zbyt wiele nie powinna mu mówić. Nie chciała przecież, by zraził się do niej jeszcze bardziej! Bała się jednak, że nawet to nie pomoże, że on zje, pożegna się i zniknie, i już nigdy więcej się nie zobaczą. Siedziała więc na jednym z obitych wzorzystym materiałem taboretów naprzeciw Dymitra, skupiona na nim, zamiast na jedzeniu, zadręczając się sprawami, które nie miały znaczenia.
    A potem nagle podniosła się ze swojego miejsca, odstawiając na bok ledwo napoczętą papkę, gdy tylko zobaczyła, że mężczyzna skończył już swoją porcję. Zabrała mu miseczkę, mówiąc, że pójdzie do dokładkę, i zaproponowała mu, by skorzystał z tej jej prowizorycznej łazienki, żeby doprowadzić się trochę do porządku. Nie mówiła dokładnie, o co chodzi, ale gdy tak wpatrywała się w niego, od razu w oczy rzucały jej się plamy krwi na jego koszulce i ramionach, a choć zdążyła już do nich w pewnym stopniu przywyknąć, w jej domu wyglądały trochę bardziej makabrycznie. I wtedy już... zwiała, nie mając pojęcia, co się z nią dzieje, bo przecież nigdy nie zachowywała się w ten sposób, ale też nigdy nie znalazła się w takiej sytuacji. Poszła po kolejną porcję grzybowo-zbożowej papki dla Dymitra, modląc się, by nie zrobiła z siebie jeszcze większej idiotki, niż już zdążyła to zrobić.

    [to popchnij to dalej, ja też nie wiem, jak rozkręcić tę akcję! ;p]

    OdpowiedzUsuń
  44. Na pewno nie spodziewała się zastać po powrocie do namiotu takiego obrazka, jaki czekał tam na nią. Omal nie upuściła wypełnionej szarawą papką miski, którą tak ostrożnie niosła przed sobą, by nie uronić choćby kropelki drogocennego posiłku, gdy pośrodku swojego domu zobaczyła półnagiego mężczyznę. I to nie byle jakiego mężczyznę, ale wyjątkowo dobrze zbudowanego, z pięknie zarysowanymi pod skórą mięśniami, po których nawet z daleka było widać, że są twarde jak stal. Pierwszą naturalną reakcją na ten widok był rumieniec, który niemal natychmiast wpłynął na policzki Iyi, drugą powinno być odwrócenie wzroku, ale do tego nawet nie potrafiła się zmusić. Zresztą, Dymitr już sekundę później znalazł sposób, jak odwrócić jej uwagę od swojego doskonałego torsu. Na jego słowa zareagowała już odpowiednio, panując na sobą po szoku, jakiego doznała.
    - Nie musisz. - rzuciła najpierw, sądząc, że mężczyzna chce zniknąć, by nie robić jej kłopotu. Zaraz jednak stwierdziła, że pewnie po prostu nie czuje się tu swobodnie, a to była tylko i wyłącznie jej wina. Podeszła do niego nieco bliżej, podnosząc blaszaną miseczkę do góry z lekkim uśmiechem na twarzy.
    - Powinieneś jeszcze coś zjeść i odpocząć, zanim ruszysz w drogę. A bramy zaraz zamykają, nie zdążysz już... - mówiła dalej, a jej głos podszyty był cieniem desperacji, tak bardzo chciała go zatrzymać, nawet pomimo tego, że on najwyraźniej nie chciał z nią zostawać. Rozumiała to. Pewnie sama wolałaby kawałek usmażonego mięsa i prawdziwe łóżko zamiast grzybowej papki i rzuconego na podłogę materaca, ale nie miała takiego wyboru, a on, jak sądziła, teraz już także nie. Miał niewielkie szanse, by zdążyć wrócić do siebie przed zamknięciem bram, szczególnie biorąc pod uwagę jego stan, ogólne osłabienie, którego, co fachowym okiem oceniła Iya, zwyczajnie nie dopuszczał do swojej świadomości. To podejście także rozumiała, przecież tylko dzięki niemu dotarła dziś do domu, z każdym krokiem pokonując słabość własnego ciała. Nie umniejszając, oczywiście, ogromnych zasług Dymitra.
    - Zostań. - poprosiła wreszcie, podchodząc do niego o kolejny krok, uśmiechnięta leciutko, prawie tak, jakby ten uśmiech nigdy nie znikał z jej ust. Dymitr jeszcze nie wiedział, że tak właśnie było, że ona zawsze emanowała szczęściem w najczystszej postaci, ale chciała mu to pokazać. Zaczęła już teraz, bo przecież jakoś musiała go zachęcić, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  45. Iya nie przywykła do wysłuchiwania komplementów, nie licząc tych wątpliwej jakości, odnoszących się do jej biustu czy pośladków, przy czym uważała, że ani jedno, ani drugie nie zasługuje na używanie przesadnie wymyślnych epitetów, jakie zdarzało jej się słyszeć. Może i rzeczywiście z dziewczynki przerodziła się już w kobietę, wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami, ale to nie dawało obcym mężczyznom prawa do komentowania jej sylwetki czy stroju, który niby to zawsze zasłaniał zbyt dużo. Dymitr jednak powiedział coś, czego zupełnie się nie spodziewała, a co bez trudu zrozumiała, bo błysk w jego jadowicie zielonych oczach nie pozwolił jej się pomylić. Może tylko nie wiedziała do końca, na jakiej podstawie wysnuł ten wniosek, ale właściwie zgadzała się z nim, pod pewnymi względami nigdy nie miała zlać się z tłumem. I cieszyła się, że to zauważył, choć wszystkie komentarze zachowała dla siebie, jedynie posyłając mu jeszcze piękniejszy, bardziej promienny uśmiech, nieme "dziękuję", do którego wprost została stworzona.
    - Ale chcę. - rzuciła po prostu, słysząc jego kolejne słowa. No, może nie tylko chciała, ale wręcz czuła potrzebę odpłacenia Dymitrowi za to wszystko, co zrobił dla niej przez ostatnie dwa dni. Pragnęła, by wiedział, jak wiele to dla niej znaczyła, a doskonale wiedziała, że słowami nie zdoła tego wyrazić - mogła tylko próbować zrobić coś, co da mu pojęcie o jej wdzięczności. Właściwie wątpiła, by miało jej się to udać, ale mogła się starać i rzeczywiście chciała to robić. Dzięki temu w jakimś stopniu czuła się potrzebna, choć z pewnością było to wrażenie mylne, mężczyzna przecież sam doskonale poradziłby sobie, niezależnie od sytuacji. To z nią było gorzej. Chyba po prostu nie chciała zostawać dziś sama.
    Nie zamierzała także sprzeciwiać się jego poleceniom, wciąż czując, że ma nad nią tę władzę, której podlegała już wcześniej, w tunelu, gdy milczeli przez większość drogi, a ona posłusznie trzymała się o pół kroku za nim, chowając się, gdy nadciągały zagrażające im obojgu monstra. Teraz także bez słowa obróciła się na pięcie i zajęła miejsce na jednym z tych swoich obitych kwiecistym materiałem taborecików, sięgając po miskę z grzybową papką, którą porzuciła wcześniej w tym miejscu. Z trudem oderwała wzrok od muskularnych pleców Dymitra, by skupić się na jedzeniu, bo gdy uniósł ramiona, żeby powiesić swoją koszulkę na wiszącym pod sufitem sznurku przeznaczonym właśnie do tego celu, uwydatniły się pod skórą wszystkie mięśnie, pracujące w pełnej harmonii. I choć nie mogła się nadziwić budowie jego ciała, tak różnej od jej własnej czy nawet od innych mężczyzn, których widywała bez koszulki, to nie mogło umknąć jej uwadze, że zranione ramię nie do końca z nim współpracuje. Skrzywiła się lekko, czując, że to jej wina, ale nie pozwoliła sobie na napływ nowej fali wyrzutów sumienia. Dziś przecież miała być małym, barwnym promyczkiem, który umili mu wieczór.
    - Bardzo dokucza ci to ramię? - zapytała po chwili, jednak nie będąc w stanie się powstrzymać. - Może chciałbyś się już położyć, co? - rzuciła zaraz, zagryzając lekko wargę, oczywiście, że targana poczuciem winy. Gdyby nie ona, odpoczywałby teraz u siebie, w swoim własnym łóżku, lecząc tylko tę jedną ranę, a nie także dziesiątki innych.

    OdpowiedzUsuń
  46. Czuła się w towarzystwie Dymitra wręcz zaskakująco swobodnie, choć niemal od razu bez trudu odnalazła tego przyczynę. To jego zachowanie, wyjątkowy luz, jaki wprost bił od jego sylwetki, sprawiało, że na Iyę spływała część tej magii i ona sama również stawała się taka - rozluźniona i pewna siebie. Na co dzień taka nie była, bo choć całe dnie spędzała w szpitalnym namiocie, nieprzerwanie uśmiechając się do wciąż napływających pacjentów, to przecież wcale nie oznaczało to, że nie ogarniała jej trema, gdy zostawała z kimś sam na sam. Teraz także nie poznawała siebie, siedzącej naprzeciwko Dymitra, bez skrępowania pochłaniającej zbożową papkę, zupełnie nieprzejmującej się milczeniem, które najwyraźniej jemu także nie przeszkadzało. Było jej po prostu dobrze - z powrotem w domu, może trochę pokaleczona, ale cała, najedzona, z wizją nocy we własnym łóżku. I na dodatek w towarzystwie niezwykle przystojnego mężczyzny, który zaopiekował się nią, uratował jej życie. Czego mogła więcej chcieć?
    Okazało się jednak, że nawet w takiej chwili, gdy uznała już, że niczego więcej nie potrzeba jej do szczęścia, mogło pojawić się w niej nowe pragnienie. Nie spodziewała się go, a już na pewno świadomie nie czekała na nie, choć złapała się na tym, że już wcześniej czuła w sobie pewnego rodzaju napięcie, którego nawet swoboda Dymitra nie zdołała usunąć. Bo gdy po nieudanej próbie otarcia policzka on podniósł się, by jej pomóc, a jego palce prześlizgnęły się po jej twarzy, zostawiając na niej palący ślad - Iya poczuła, że nie chce, by zabierał dłoń. On jednak odsunął się, a ona nie miała innego wyjścia, jak zachować kamienną twarz, udając, że nic takiego się nie wydarzyło, że wcale przez jej ciało nie przepłynął prąd, gdy musnął jej policzek. Nie mogła niczego po sobie pokazać, bo on pozostał rozluźniony, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie, jakby od początku nie robił nic innego, tylko wycierał jej ubrudzone policzki. A przecież ten dotyk różnił się znacznie od tego, jak wcześniej niemal brutalnie chwytał ramiona Iyi, by odsunąć ją na bok przed nadciągającym potworem. Kontrast dotarł do niej ze zdwojoną siłą.
    - Nie ma między nami aż takiej różnicy. - zaprotestowała niemal natychmiast, jeszcze zanim dostrzegła na twarzy Dymitra ten zaczepny uśmieszek. Zaraz również uśmiechnęła się, dopiero wtedy będąc w stanie odwrócić wzrok, do tej pory wbity uparcie w twarz mężczyzny, z której Iya starała się coś odczytać. Bez skutku, bo przecież on z łatwością chował wszystko pod tym swoim figlarnym uśmiechem, który rzeczywiście zdawał się teraz właściwie wrośnięty w rysy jego twarzy, jakby została ona uformowana w ten właśnie sposób, z uniesionymi ku górze kącikami ust i wspaniałymi ognikami w oczach. Nie sposób było tego zdefiniować, więc Iya nawet nie podejmowała się tego zadania. I tylko przeczesała palcami włosy, teraz nieco speszona. Gdyby wiedział...

    [wybacz, Iya to nie jest typ flirciary - wszystkie tego typu sprawy zostają w rękach Dymka... :>]

    OdpowiedzUsuń
  47. Iya wciąż jeszcze, nawet mimo świadomości, że sprawy przybierają zupełnie inny obrót, niż zapowiadało się na to z początku, sądziła, że poprzestaną z Dymitrem tego wieczora na przyjemnej rozmowie, którą umilą sobie te ostatnie spędzone razem godziny. Pamiętała, że mężczyzna rano pożegna się z nią i najprawdopodobniej już nigdy więcej się nie spotkają - on ukończy ten swój kurs na stalkera i wyniesie się na jakąś odleglejszą stację, gdzie jej stopa nigdy nie postanie, nawet w najśmielszych snach. To z góry przekreślało jakąś poważniejszą relację, a nawet zwykłą znajomość, bo Iya nie widziała żadnej szansy, by ją utrzymać. Ta świadomość z jednej strony skłaniała ją, by pozostała ostrożna i nie pozwoliła sobie za bardzo przywiązać się do Dymitra, bo choć już wiele mu zawdzięczała i pałała do niego gorącą wręcz sympatią, to jeszcze miała szansę się ze swojego przywiązania wyleczyć. Z drugiej jednak strony to, że ich znajomość miała się dziś skończyć, dodawało jej odwagi. Czuła, że nawet, jeśli popełni jakąś gafę, to zanim nastanie ranek, pójdzie ona w niepamięć. Co więc szkodziło jej po prostu cieszyć się towarzystwem przystojnego, błyskotliwego, a na dodatek niezwykle troskliwego mężczyzny, jakiego nie sposób spotkać w metrze? Zupełnie nic!
    Sądziła tak do czasu, aż Dymitr nie zbliżył się znów do niej, bo w tej samej chwili, gdy chwycił w dłoń jej brodę, gdy tylko poczuła na skórze dotyk samych opuszek jego palców, wszystkie jej rozmyślania odeszły w zapomnienie. Znów poczuła, jak przepływa przez nią prąd, ale tym razem fala ta miała określony kierunek, bo rozchodziła się rozkosznym ciepłem od miejsca, w którym dotykał jej mężczyzna. Z całych sił starała zapanować się nad reakcjami swojego ciała, nad dreszczem, który z trudem stłumiła w zalążku. Dymitr był stanowczo zbyt blisko, by mogła się skupić, więc choć starała się go słuchać, słowa docierały do niej jak wymawiane w innym, obcym języku. Zresztą po chwili uświadomiła sobie z ogromnym zdziwieniem, że to, co mówi do niej mężczyzna, to jedna rzecz, a o co tak naprawdę chodzi, to już zupełnie inna bajka... I zaraz nadszedł kolejny zaskakujący wniosek, który sprawił, że Iya na moment zapomniała, jak się oddycha - to albo delikatny dotyk dłoni Dymitra, która bez wahania błądziła już po jej twarzy, pozornie mając swój cel. Uświadomiła sobie, że on nie robi nic innego, jak właśnie z nią flirtuje! Było to odkrycie roku, była tego pewna, bo przecież nikt nigdy... Czasem stawała się ofiarą marnego podrywu, musiała wysłuchiwać głupkowatych tekstów od podstarzałych facetów, ale to, ta subtelna gra Dymitra, to było coś zupełnie innego - intrygującego, wciągającego i tak niesamowicie przyjemnego...
    A jednak odsunęła się. Nieznacznie, bo nie miała zbyt dużego pola do manewru, a ciało i tak nie chciało jej posłuchać, pragnąc czegoś wręcz przeciwnego, ale wystarczająco, by dać Dymitrowi do zrozumienia, że posunął się odrobinę za daleko. Nie chciała go odtrącać, wszystko w niej rwało się, by podjąć tę jego zabawę, by odpowiedzieć na subtelny flirt, kryjący się w gestach, tonie głosu i posyłanych w jej kierunku spojrzeniach, ale musiała być przede wszystkim fair wobec siebie. A wcale nie czuła się dobrze ze wstrzymanym oddechem i gorącem uderzającym w jej ciało rwącymi falami.
    - Nie. Nie jestem zmęczona. - odparła cicho, patrząc wciąż prosto w oczy Dymitra, choć miała już ochotę uciec spojrzeniem gdzieś w bok, by już nie widzieć kryjących się za uśmiechem w jego oczach iskierek. Pozwoliła sobie na to dopiero chwilę później, gdy podniosła się ze swojego miejsca, gdzie czuła się taka mała i bezradna, by stanąć przy oknie wagonu, udając bardzo czymś zajętą.
    - Skoro przyprowadziłam do domu zupełnie obcego mężczyznę, to może niech ten mężczyzna coś mi o sobie opowie, co? Najlepiej niech zacznie od tego, ile ma lat, skoro to takie ważne. - rzuciła zaraz, znów trochę bardziej rozluźniona, nawet uśmiechnięta lekko, choć jeszcze chwilę wcześniej emocje nie pozwalały jej nawet na przywołanie tego delikatnego grymasu.

    OdpowiedzUsuń
  48. Iya nie zamierzała już więcej rozmawiać o tym, czy powinna się położyć, czy też nie, bo uważała, że to teraz tylko jej sprawa i właśnie do niej należała zarówno ocena sytuacji, jak i podjęcie decyzji, kiedy odpuścić, zakopać się pod kołdrą i dać sobie czas na odzyskanie sił. Brzuch co prawda wciąż bolał ją niemiłosiernie, ale była w stanie normalnie funkcjonować mimo tego i ogólnie czuła się dość dobrze - najedzona, już bezpieczna, nie potrzebowała teraz niczego więcej. Gdy więc Dymitr wzruszył ramionami, nie podtrzymując dłużej tematu, w pewnym stopniu odetchnęła z ulgą, że nie będzie musiała z nim walczyć. Zaraz potem jednak zganiła się w myślach za swoją głupotę - przecież nie była dla niego nikim specjalnym, nie zależało mu na tyle, by ciągnąć tę dyskusję i zmuszać ją do odpoczynku. Więc czego innego mogła się spodziewać z jego strony, jak tylko obojętności?
    Uczucie wstydu, które na moment ogarnęło ją przy tych myślach, połączone ze skrępowaniem, jakie również jedynie na chwilę do niej wróciło, wycisnęło na jej policzki nowy rumieniec i sprawiło, że gorąco uderzyło w całe jej ciało. Czuła na sobie wzrok Dymitra, a choć odwrócona była do niego plecami, zupełnie łatwo mogła wyobrazić sobie, jaką ma teraz minę, w jaki sposób się uśmiecha i jak na nią patrzy. Kompletnie nie rozumiała zarówno jego, jak i tego, co się z nią działo, ale wiedziała, ze musi wziąć się w garść. Szybko rozpięła zamek bluzy i zrzuciła ją z ramion, odkładając gdzieś na bok z cichym westchnieniem ulgi - chłód, który szybko omiótł jej odsłoniętą skórę, sprawił, że w jednej chwili poczuła się spokojniejsza. Gorąco na moment ustało, więc Iya uznała, że musi znaleźć sobie jakieś zajęcie, bo póki co wyglądało na to, że zwyczajnie zwiała. Przed sobą miała niewielką, dość ubogo wyposażoną apteczkę, którą trzymała w wagonie na wszelki wypadek. Wyciągnęła z niej jedynie małą butelkę wody utlenionej i czystą, białą ściereczkę, które zaraz potem postawiła na stoliku obok Dymitra wraz z miską przegotowanej wody i zapasowym skrawkiem materiału.
    - No tak, to przecież zupełnie bez znaczenia. - odparła zaraz, wzruszając nieznacznie ramionami. Zgadzało się to z tym, co myślała, ale jakoś głupio jej było przyznać się na głos, że ta duża różnica wieku zupełnie jej nie przeszkadza. Właściwie dopiero teraz uświadomiła sobie, o ile Dymitr jest od niej starszy; choć wcześniej dawała mu mniej więcej tyle lat, ile rzeczywiście miał, to nie potrafiła przeprowadzić prostego matematycznego działania. Uderzyło w nią to ze zdwojoną siłą, gdy przysunęła sobie taboret i usiadła tuż obok niego z zamiarem oczyszczenia wciąż lekko krwawiących lub już zasklepionych ran na jego plecach, torsie i ramionach. Zobaczyła wtedy te jego szerokie barki, przypomniała sobie doskonałą symetrię odcinających się pod skórą na brzuchu mięśni, a potem spojrzała na siebie i znów zarejestrowała różnice między nimi, zupełnie oczywiste w końcu, ale jakże zaskakujące, gdy znajdowali się tak blisko.
    - Wiesz, że zapiecze. - rzuciła lekko, nawilżając ściereczkę wodą utlenioną i zbliżając się z nią do barku Dymitra, gdzie cienka czerwona strużka wędrowała w stronę łokcia. Delikatnie przesunęła po zranionej skórze, jednocześnie chłodne palce przyciskając tuż nad raną, jakby chciała złagodzić ból.

    OdpowiedzUsuń
  49. Iya, owszem, miewała te chwile, gdy czuła się prawdziwą kobietą - świadomą swojego ciała i tego, jak ono może działać na mężczyzn, mającą pełną kontrolę nad tym, co się wokół niej dzieje, co mówi i robi. Był to jednak dla niej dość rzadki stan, bo jednak głównie miała wciąż wrażenie, że jest nieporadna jak dziecko, dość niezgrabna, źle zbudowana, jakby jej ciało składał ktoś niewprawiony w swoim fachu. Widziała więc wtedy jedynie to, że jest stanowczo zbyt niska, a włosy często żyją własnym życiem, nie reagując na jej próby przygładzenia odstających kosmyków. A jednak teraz Dymitr potrafił obudzić w niej kobietę, choć też nie przez cały czas była w kontakcie z tą dojrzałą i świadomą częścią swojego "ja". Widziała, jak na nią patrzy i rozumiała, że w jego oczach nie jest już zakazaną nastolatką, a właśnie pełnowartościową kobietą. Czuła, że z nią flirtuje, że ją podrywa. Wciąż jednak sama nie potrafiła odpowiedzieć na to wszystko, nie umiała zmusić się do odpowiedniej reakcji, choć ciało samo podpowiadało jej, co powinna zrobić - nie była tylko pewna, czy to właściwe. Czy wypadało jej okazać, że odwzajemnia jego zainteresowanie? Miała wrażenie, że jeszcze nie, że to zbyt wcześnie, ale jej opór malał z każdą chwilą, o czym świadczyło choćby to, że rzeczywiście zaczęła sama szukać z nim kontaktu fizycznego, gdy wcześniej jako pierwsza się odsunęła.
    - Tak. - odparła tylko, nie mając pojęcia, do czego Dymitr chce dopasować jej odpowiedź. Podświadomie liczyła, że ocenia, czy mają jakieś szanse, ale nie pozwoliła sobie o tym zbyt wiele myśląc, doskonale wiedząc, że zaraz czymś się zdradzi. W pierwszej chwili miała nawet ochotę dodać coś jeszcze, powiedzieć, że jeśli chodzi o nich, to ona nawet tego nie czuje, choć to nawet nie było prawdą. Wręcz przeciwnie, była przecież świadoma wszystkiego, co ich dzieli, ale zwyczajnie miała to gdzieś. Czuła się przy nim dobrze, bezpiecznie i spokojnie, nie zamierzała z tego rezygnować. Po chwili jednak zapaliła się w jej głowie czerwona lampka, krzycząca, że to znów idzie zbyt daleko, gdy Dymitr niby przez przypadek dotknął jej dłoni, a potem chwycił ją i oparł o jej udo. Sądziła, że zrobił to specjalnie, ale czy to miało znaczenie? Nie. Więc tylko odwzajemniła jego spojrzenie, mając wrażenie, że tonie w jego oczach, w tym niesamowitym kolorze jego tęczówek. A gdy uśmiechnął się i jego palec zaczął wędrować po jej skórze, Iya zupełnie zniknęła. Była stracona! Na szczęście po chwili puścił ją, ale wtedy nie pamiętała już, co powiedział przed momentem, więc tylko uśmiechnęła się lekko, drżącymi dłońmi sięgając znów po odłożoną przed chwilą ściereczkę, by wreszcie zająć się ranami na plecach Dymitra. Miał nadzieję, że nie zauważył, jak bardzo wyprowadził ją z równowagi.
    - Oczywiście, wiele ci zawdzięczam. Masz pełne prawo pytać i wiedzieć, ale... - zawiesiła głos, nie mogąc zebrać myśli, gdy był tak blisko, gdy czuła w nozdrzach zapach jego skóry. - Ale ty jeszcze nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Pierwsza poprosiłam, żebyś mi coś o sobie opowiedział. - zakończyła wreszcie, odsuwając się nieco, a potem już ostatecznie wracając do rany na jego barku. Dziwnie czuła się, nie patrząc mu w oczy, gdy wiedziała, że on patrzy na nią, ale tym razem chciała być konsekwentna - zaczęła przecierać zranioną skórę, znów, tak jak wcześniej, łagodząc ból chłodem swoich palców.

    OdpowiedzUsuń
  50. Dymitr słusznie założył, że zachowanie Iyi jest związane bezpośrednio z jego osobą, a nie samym tylko faktem, że jest mężczyzną. Jasne, zdarzało jej się czerwienić, gdy rozmawiała z kimś przystojnym, ale ona taka już była - niezwykle łatwo było sprawić, by poczuła się zażenowana albo odniosła wrażenie, ze zrobiła coś głupiego. Poza tym, wbrew pozorom miała dość dużą styczność z takimi facetami, jak on: wysokimi, dobrze zbudowanymi stalkerami czy też uczącymi się w tym fachu chłopcami, bo gdy bywała u matki, zwykle szyła ich powstałe w trakcie treningu rany, odciążając kochaną rodzicielkę. Można więc powiedzieć, że przywykła do towarzystwa przystojnych mężczyzn. Z pewnością jednak nie była przyzwyczajona do adorowania jej, jak pozwalał sobie na to Dymitr, a co przynajmniej właśnie na to jej wyglądało. To o jego zainteresowanie chodziło w głównej mierze, ale nie tylko, bo przecież Iya nie była łatwa, nie rzucała się na szyję pierwszemu lepszemu, który uśmiechnął się do niej i podtrzymał spojrzenie kilka sekund dłużej. Po prostu - ona również była nim zainteresowana. Bardzo. Tyle tylko, że nie wiedziała, jak ma to okazać...
    Naprawdę chciała zająć się tym, co miała w planach, a więc ratowaniem jego pokaleczonych pleców i ramion przed paskudnymi strupami i bliznami, które mogły zostawić po sobie nieoczyszczone rany, ale Dymitr skutecznie ją od tego odciągał. Gdy obrócił się w jej stronę, sprawiając, że nie miała już na czym oprzeć dłoni, zmuszona była znów odłożyć na bok zwilżoną ściereczkę, co uczyniła nie bez lekkiego skrzywienia. Podświadomie wiedziała już, co czego dąży mężczyzna, ale jeszcze nie dopuszczała tego do siebie, więc tylko znów uciekła wzrokiem gdzieś w bok, udając bardzo zajętą porządkowaniem nielicznych przedmiotów, które stały na stoliku obok. Drgnęła, gdy jego palce najpierw musnęły jej brodę, by zaraz poderwać ją do góry. Nie chciała tego, bo wiedziała już, co dzieje się, gdy patrzy mu w oczy, ale skoro już zmusił ją do tego, by znów utonęła w jego niesamowicie zielonych tęczówkach, nie zamierzała narzekać. Oczywiście, ledwo dotarło do niej to, o czym mówił, więc gdy jego spojrzenie stało się bardziej świdrujące, po prostu chwyciła jego dłoń i odsunęła ją od swojej twarzy. Nie wypuściła jej jednak z uścisku, a jedynie pozwoliła, by ich złączone ręce zawisły w powietrzu, podobnie jak wcześniej zatrzymały się na jej udzie.
    - Chcę cię po prostu poznać. Dowiedzieć się, czy masz tu jakichś przyjaciół, dziewczynę, może rodzinę. Czy lubisz swoje życie. Dlaczego zdecydowałeś się zostać stalkerem. Co robiłeś wcześniej. Tak, potrzeba mi więcej. - odparła, z początku dość poważnie, prawie oficjalnie, mając między brwiami tę małą kreskę, która pojawiała się zawsze, gdy nad czymś intensywnie myślała, a stopniowo rozluźniając się coraz bardziej, by zakończyć już z lekkim, ale niezwykle pogodnym uśmiechem, który przecież wcale nie powinien był zniknąć z jej twarzy.

    OdpowiedzUsuń
  51. Gdy Dymitr zamilkł na dłuższą chwilę, w jej głowie natychmiast rozgorzała prawdziwa walka. Najpierw zapłonęła znajoma już czerwona lampka, która dała jej do zrozumienia, że coś jest nie tak. Dopiero potem powoli doszła do tego, o co chodzi: musiał się zastanowić. Milczał, bo w głowie dobierał odpowiednie słowa, choć Iya nie wiedziała, czy po to, by ją okłamać, czy może, by jeszcze bardziej ją omotać. Nie obchodziło jej to, bo sprowadzało się do jednego - on nie różnił się niczym od całej reszty ludzi w metrze. Był tak samo skupiony na sobie i swoich własnych potrzebach, nie obchodziło go nic innego. Tylko dlaczego jej pomógł? Od razu doszła do wniosku, że w tym również musiał widzieć dla siebie jakąś korzyść, choć jej nie przychodziło do głowy nic oczywistego. Gdy więc wreszcie odezwał się, a jego twarz przybrała poprzedni, zaczepny wyraz, Iya pozostała już podejrzliwa, choć postarała się, by niczego nie było po niej widać.
    Nie chciała już odpowiadać na żadne jego pytania, obawiając się z jego strony jakiegoś podstępu, ale gdy on sam udzielił jej pozornie dość wyczerpującej odpowiedzi, choć według niej Dymitr jedynie prześliznął się po powierzchni tematu, to ona także musiała odpowiedzieć. Najpierw westchnęła cichutko, a gdy mężczyzna opuścił wzrok na ich splecione dłonie, podążyła za nim. W gardle dławiła ją jakaś gula, której pojawienia się nie rozumiała, ale wiedziała, że musi z nią walczyć, by ten wieczór nie stał się kompletną katastrofą. Jej podejrzenia swoją drogą, a dobre przyjęcie gościa swoją. Nie miała więc zamiaru jakkolwiek po sobie okazać, że coś jej nie gra - po prostu uśmiechnęła się, a potem odsunęła dłoń, którą dotąd zaciśniętą miała na palcach Dymitra, by zaraz oprzeć ją wysoko na swoim udzie, tam, gdzie wcześniej zatrzymali ręce.
    - Mój ojciec był lekarzem, najlepszym chirurgiem w metrze. Nie miałam innego wyboru. - odparła krótko, postanawiając nie wnikać w szczegóły, bo musiałaby poruszyć wtedy zbyt osobiste kwestie. Nie zamierzała dawać Dymitrowi więcej, niż on jej dał, więc ograniczyła się tylko do tego jednego elementu, pomijając sprawę prawdziwego powołania, jakie czuła w sobie od najmłodszych lat, szczerą chęć niesienia pomocy, która również towarzyszyła jej od lat. I świadomość, że w innym wypadku będzie pod ziemią zupełnie bezużyteczna, podobna do tych wszystkich ludzi, dla których każdy kolejny dzień był walką. Dzięki swojej pracy miała dom, ciepły obiad każdego wieczora i niezbyt zużyte buty na nogach.

    OdpowiedzUsuń
  52. Nie wątpiła, że Dymitr słyszał o jej ojcu, a w zależności od tego, na której stacji się wychował, mógł mieć o nim różne zdanie. Jedni mówili, że jest złotym człowiekiem i pomoże każdemu, kto do niego przyjdzie. Inni, że zależy mu tylko na zbiciu majątku, choć Voronov nigdy nie żądał więcej niż wynosiło absolutne minimum, by przetrwać pod ziemią. Jeszcze inni, że nie jest do końca normalny i nigdy nie wiadomo, czy po operacji nie ockniesz się z nogą i ręką zamienionymi miejscami. Mężczyzna jednak niczym nie zdradził się nawet z tym, że w ogóle kiedykolwiek znał jakiegoś chirurga, a choć Iyi wydało się to znów nieco podejrzane i niepokojące, nie powiedziała ani słowa. Skinęła tylko głową, już mając przypomnieć, że wymieniła dużo więcej spraw, o których chciałaby usłyszeć, gdy on wskazał na krwawiącą ranę na swoim torsie. Brunetka bez słowa sięgnęła znów po wilgotną ściereczkę, uznając, że to całkiem wygodne: zająć się czymś, by nie musieć myśleć o tych wszystkich niewiadomych, które zaczynały zadręczać ją znakami zapytania.
    Nie zdążyła nawet dobrze skupić się na oczyszczaniu rany Dymitra, gdy on odezwał się, rozpraszając znów jej uwagę. Poderwała głowę w tej samej chwili, w której on spojrzał w jej stronę, a gdy dostrzegła, że niemal zderzyli się nosami, natychmiast chciała się odsunąć. Zatrzymał ją nowy płomień na policzku, powstały w miejscu, w którym dłoń szatyna przebiegła po jej skórze. Skutecznie unieruchomił ją na długą, ciągnącą się w nieskończoność chwilę, gdy patrzył jej w oczy, a Iya miała wrażenie, że tonie... Uświadomiła sobie z całą mocą, że nigdy jeszcze nie widziała tak niesamowitego koloru, jaki miały jego tęczówki. Wszystko inne wydawało jej się przy nich szare i niewyraźne, bo one wręcz przeciwnie - jarzyły się intensywnym odcieniem zieleni. Nawet nie mrugała, nie wspominając już o oddychaniu, bo ta niespodziewana bliskość Dymitra, jego dotyk i intensywne spojrzenie, sprawiało, że jednocześnie zapominała, jak chwyta się oddech i już nigdy nie chciała o tym pamiętać. A gdy jeszcze uśmiechnął się, Iya była już zupełnie stracona, zagubiona. Albo nie było jej wcale - zginęła w tym delikatnym wygięciu kącików ust, nie pamiętając nawet, jak ma na imię! Nie wspominając już o słowach mężczyzny, które nie miały prawa od razu dotrzeć do jej świadomości; dopiero po chwili w jej oczach błysnęło zrozumienie, gdy domyśliła się, co ma na myśli, o co od samego początku chodziło!
    Nie. Nie miała zamiaru go wyrzucać, nie, gdy planował pokazać jej ten nowy, niesamowity świat, który tak bardzo kusił ją i nęcił już teraz, będąc tylko niewyraźnym wyobrażeniem. Chciała, by został, a nawet, by już nigdy się nie odsuwał, bo w jego ramionach była przecież bezpieczna i... szczęśliwa. Tak, to całe zakłopotanie i zmieszanie, które dotąd odczuwała, wraz z delikatnym dotykiem jego ust zdołało zamienić się w radość w najczystszej postaci! Cieszyła się, że ma go obok, po prostu. I choć wciąż bała się nieco tego, co kryło się w jego oczach, była też ciekawa, zaintrygowana. Czuła się gotowa, nawet mimo tego, że jeszcze kilka chwil wcześniej myślała o sobie: dziewczynka. Teraz wiedziała już, jak należy obrócić głowę, by móc musnąć wargi Dymitra, by móc poczuć na języku ich smak...
    - Muszę cię opatrzyć. - szepnęła, gdy zdołała oderwać się od niego, dusząc w sobie pragnienie, by tkwić już przy jego ustach, by zwyczajnie poddać się jego woli, bo sama nie bardzo wiedziała, co robić. Czuła jednak, że jej ciało mogłoby działać, ale zanim mu na to pozwoli... no cóż, musiała przez chwilę przynajmniej poudawać wahanie. Gdy jednak chciała znów sięgnąć po wodę utlenioną, ręka odmówiła jej posłuszeństwa, zamiast do stolika wędrując do ramienia Dymitra. Przebiegła po nim palcami, niepewna, co robić, choć wszystko w niej rwało się do jednego...

    OdpowiedzUsuń
  53. Sama nie wiedziała, czy to ze względu na długą i trudną podróż przez tunel, podczas której Dymitr zaopiekował się nią, czy też może dlatego, że teraz nie naciskał na nią bardziej, niż mu na to pozwoliła, ale z miejsca była w stanie mu zaufać. Natychmiast w niepamięć odeszły wszystkie te wątpliwości, które jeszcze przed chwilą kazały jej cofnąć dłoń i uważać na to, co mówi, a na ich miejsce pojawiło się wrażenie, że tylko jego ramiona są w stanie zapewnić jej pełne bezpieczeństwo. Już wcześniej dał temu potwierdzenie, gdy własną krwią bronił jej życia, poświęcając się dla zupełnie obcej dziewczyny, a teraz także każdym gestem podtrzymywał tamtą tezę. Był delikatny i niczego na niej nie wymuszał, a choć wcześniej przez moment czuła, że zbyt dużo się dzieje, teraz już widziała, jak subtelną grę podjął Dymitr. Doprowadziła go do celu, który najwyraźniej wyznaczył sobie już jakiś czas temu, bo wszystko, każde muśnięcie jego dłoni, było przemyślane, prowadziło do tego punktu. A Iya ze zdziwieniem odkryła, że także tego pragnęła, choć trudno było jej przyznać się przed samą sobą do tych części swojej natury, które od samego początku chciały zarzucić Dymitrowi ramiona na szyję i posmakować jego warg.
    To zaufanie, które pęczniało wewnątrz niej, dawało jej nieznaną dotąd siłę. Zwykle czerwieniła się dość łatwo, bywała niezdarna, a często w ogóle nie rozumiała, co się wokół niej dzieje, ale teraz świadomość, że ma obok siebie Dymitra, uspokajała jej zawsze napięte nerwy. Nie, nigdy nie pokazywała tego po sobie, ale nieznany niepokój był w niej, gotowy wyleźć na zewnątrz jak głodny zwierz. Dotyk szatyna był jak ujarzmienie dzikiej bestii w sercu Iyi - koił i łagodził wszystkie skrywane lęki, cały ból, jaki miała i jaki chowała przed światem. Ale nie to było ważne, do tego przecież nie przyznawała się nawet przed samą sobą, bo zbyt trudno było jej dopuścić do świadomości, że wcale nie jest tak silna, za jaką wszyscy ją biorą. Chodziło raczej o spokój, który ją ogarnął, a który sprawiał, że palce Dymitra na jej twarzy, jego oddech na skórze, usta przyciśnięte do szyi - to wszystko nie przerażało jej, a jedynie wywoływało rozkoszny dreszcz i wzbudzało zniecierpliwienie. Chciała, by dotykał ją wciąż, i jeszcze, i bardziej, a wiedziała, że i on nie może się tego doczekać. To również doceniała: to, że daje jej czas, że zwleka z kolejnym krokiem, że jest tak delikatny.

    OdpowiedzUsuń
  54. Zdołała tylko szepnąć cicho, że nie, nie ma nic przeciwko, gdy reszta zdania zniknęła w miękkim pomruku, który wbrew jej woli wyszedł z jej gardła, gdy Dymitr pozwolił swojej dłoni przesunąć się po jej ciele. Zanim spostrzegła, co się dzieje, już była tuż przy nim, siedząc mu na kolach, czując pod dłońmi bicie jego serca, a w nozdrzach - zapach jego rozgrzanej skóry. Chciała powiedzieć, że nie ma nic przeciwko czemukolwiek, co tylko jej zaproponuje, ale zaraz zapomniała o tym, bo nagle znalazł się tak blisko niej, że bez trudu mogła policzyć jego rzęsy, gdyby tylko miała do tego głowę. Marzyła, by jej dotykał, by wszystko jej pokazał, by ten świat, który teraz widziała w jego oczach, nie był już dla niej żadną tajemnicą.
    A potem wiele wydarzyło się na raz, ale dla Iyi nie było to już nic dziwnego, bo właśnie tego pragnęła - zapomnienia w doznaniach, zagubienia w mieszaninie woni, w dotyku, w pieszczotach. Usłyszała słowa Dymitra i z miejsca uwierzyła w nie, choć nigdy nie słyszała ich jeszcze wypowiedzianych w ten sposób, specjalnie dla niej. To z jego głosu biła taka pewność, że nie mogła już wątpić, że rzeczywiście tak myśli, że dla niego jest piękna! Potwierdził to swoim kolejnym ruchem, ramieniem zaciśniętym na jej tali, ustami przy ustach... A ona, choć dotyk mężczyzny sprawiał jej ból, gdy odezwały się poranne urazy, wcale nie pozostawała mu dłużna! Odwzajemniła pocałunek, wpijając się w jego wargi z całą mocą, na jaką tylko było ją stać. Nie wiedziała, jak to się robi, ale jej ciało wiedziało, usta same znalazły odpowiedzi rytm, a dłonie... Dłonie także wiedziały, gdzie chcą pobłądzić, natychmiast rozpoczynając swoją pospieszną wędrówkę po torsie Dymitra, jego ramionach, plecach. Wplatała palce w jego włosy, muskała policzki, wbijała paznokcie w twarde barki i zapominała, że da się oddychać inaczej, niż przez jego usta.

    [a dupa, fajnie mi się to pisze, więc nic nie ruszyło :>]

    OdpowiedzUsuń
  55. Nie chciała, by wiedział, że jest jej pierwszym mężczyzną. Nie potrafiła określić, dlaczego to dla niej takie ważne, ale nie miała czasu się nad tym zastanawiać. Czuła po prostu, że wspominanie mu o tym, że jest dziewicą, w takiej chwili nie byłoby na miejscu, mogłoby nawet powstrzymać go przed pozwoleniem sobie na więcej, choć wątpiła, by miało to dla niego jakieś większe znaczenie. Zdążyła się już przekonać, że od początku liczyła się dla Dymitra jedynie jej zgoda, a gdy wreszcie pokazała, że odwzajemnia jego zainteresowanie, nie miał już hamulców. Owszem, pozostał delikatny, ale tylko na tyle, by nie zrobić jej krzywdy - bo poza tym jego dotyk wcale nie był łagodny i czuły, wręcz przeciwnie. Nie sądziła więc, by miał też sam domyślić się, że nikt przedtem nie dotykał jej w ten sposób, że nikt nie był tak blisko, skoro nie traktował jej jak szklanej figurki. A ona wcale nie pozostawała mu dłużna, pilnując, by nie pokazać swojego braku doświadczenia. Patent miała prosty: powtarzała jego ruchy, pozwalając też swojemu ciału działać zgodnie z kierującym nim, pierwotnym instynktem, który mruczał wewnątrz niej jak zadowolony kocur, czekając na chwilę, w której podda mu się bez reszty.
    Nie musiał czekać długo. Usta Dymitra na jej szyi, dłonie z wolna tracące kontrolę, przyspieszone bicie jego serca tuż przy jej sercu - to wszystko w niedługim czasie sprawiło, że Iya zupełnie zapomniała o świecie. Już nie liczyło się nic ani nikt poza nimi, poza ich ciałami, coraz gorętszymi, coraz bardziej spragnionymi pieszczot i rozkoszy. Czuła na sobie dotyk silnych, męskich rąk, a choć jeszcze chwilę temu obawiała się tego, teraz nie wyobrażała już sobie siebie gdzie indziej! Musiała być w jego ramionach, musiała czuć go przy sobie, bo tylko on potrafił dać jej wszystko, czego potrzebowała, z taką łatwością! Jednocześnie czuła się przy nim bezpieczna i targał nią niepokój, bo wiedziała, że jeśli oderwie się od jego ust, nie będzie potrafiła oddychać. Czuła się piękna, pożądana, kobieca. Czuła, że żyje, a było to najwspanialsze uczucie na świecie. I miała ochotę dziękować mu, całować go i dziękować, że daje jej więcej, niż mogłaby oczekiwać.
    Właściwie nie zdawała sobie sprawy, że przenieśli się na łóżko, tak zajęta była całowaniem cudownych, miękkich warg Dymitra, poznawaniem za pomocą dłoni wszystkich wypukłości jego torsu, ramion i pleców. Sapnęła niezadowolona, gdy nagle oderwał się od niej, kiedy tylko opadła na materac. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że zatrzymał się na moment tylko po to, by na nią popatrzeć, a wtedy, nagle zawstydzona, zakryła się dłońmi, wiedząc, że i tak nie schowa pod nimi zbyt wiele. Ale zaraz potem znów poczuła na sobie jego dłonie, gdy sięgnął do spodni, które miała na sobie, by odrzucić je na bok, teraz już zupełnie niepotrzebne. Te dłonie i wszystkie pieszczoty, którymi w chwilę później ją obdarzył, skutecznie rozproszyły jej uwagę. Zresztą, sama też miała zajęcie, bo nie mogła i nie chciała pozwolić, by Dymitr pozostał niedopieszczony. W chwili, gdy już miał dobrać się do jej bielizny, pociągnęła go do góry, by wpić się znów gwałtownie w jego wargi, dłońmi sunąc w dół jego torsu, który teraz wydawał jej się wręcz wykuty z kamienia. Z figlarnym uśmiechem na ustach, który na moment utrudnił im pocałunek, sięgnęła do guzika w jego spodniach, zerkając mu w oczy spod przymrużonych powiek. A potem rozkazała mu ochrypłym od emocji głosem, by zamienił się z nią miejscami, jednocześnie dość wymownie sunąc dłonią wzdłuż linii jego spodni i przygryzając dolną wargę.

    OdpowiedzUsuń
  56. Nikt, kto nie znał Iyi zbyt dobrze, nie powiedziałby o niej, że potrafi być dominująca. Wyglądała przecież dość niepozornie - drobna, dość niska, ubrana w te swoje sukienki czy spódnice, chowająca się za zasłoną ciemnych włosów, czerwieniąca się, gdy tylko ktoś zwróci się bezpośrednio do niej i będzie chciał od niej czegoś innego, niż opatrzenia rany. A jednak dość często zdarzało się, że przejmowała rolę przywódcy, choć zawsze miało to miejsce w dość specyficznych sytuacjach - jak choćby zawalenie części tunelu sprzed kilku tygodni, gdy zginęło kilka osób, a wiele zostało rannych. Bez trudu przejęła wtedy kontrolę nad tym, co działo się na miejscu wypadku, rozdzielając zadania, pilnując bezpieczeństwa poszkodowanych i sanitariuszy, organizując transport rannych. Dzięki temu wreszcie została doceniona, ale dla niej to nie było tak ważne, jak fakt, że dzięki sile charakteru i uporowi uratowała kilka żyć.
    Teraz jednak jej chęć, by na moment przejąć kontrolę nad sytuacją, wiązała się z czymś innym - zwyczajnie to lubiła. Uwielbiała porządek i ład, choć może czasem nie było tego po niej widać, ale zwykle była dość przewidywalna i takie życie wiodła. Nie potrafiła więc tak zupełnie poddać się Dymitrowi, szczególnie, że nie mogła przewidzieć, jaki będzie jego kolejny ruch. Wolała sama zadecydować, co się wydarzy, stopniować napięcie, a potem wreszcie odpuścić - ale dopiero, gdy będzie gotowa. Właściwie czuła się taka już teraz, ale postanowiła pobawić się trochę, skoro miała ku temu okazję.
    Z figlarnym uśmiechem i błyszczącymi radośnie oczyma zawisła na moment nad twarzą Dymitra, mając ochotę roześmiać się, gdy poczuła, jak stanik zsuwa się z jej ramion. Nie zamierzała protestować, bo bez niego było jej przecież dużo wygodniej - odrzuciła niepotrzebny skrawek materiału na bok, by zaraz, nim mężczyzna zdążył speszyć ją zbyt napastliwym spojrzeniem, przylgnęła do jego warg, kąsając je i liżąc, jakby nie mogła się zdecydować, czy chce być dla niego czułą czy właśnie dominującą kochanką. Zaraz jednak zaczęła zsuwać się z pieszczotami w dół jego ciała, wyznaczając ścieżki na torsie i brzuchu, pozwalając swoim dłoniom błądzić po nich bez przeszkód. Patrzyła przy tym na twarz Dymitra, sprawdzając jego reakcje, upewniając się, że podoba mu się to, co robi. A potem szybkim ruchem rozprawiła się z rozporkiem u jego spodni, błogosławiąc te wieczory, które spędziła na rozbieraniu w różnych sytuacjach mężczyzn w szpitalnym namiocie. Dzięki temu nie traciła teraz czasu, a po prostu zerwała z szatyna kolejny niepotrzebny fragment garderoby, natychmiast zajmując się tym, co od początku tej wędrówki w dół po jego torsie było jej celem.
    A w jakiś czas później poczuła, że ramiona Dymitra znów obejmują ją z siłą imadła, jego usta przylgnęły do jej skóry, dłonie znów zaczęły błądzić po wszystkich tych rejonach, których dotyk wywoływał rozkoszny dreszcz i przyspieszał oddech. Coraz trudniej było jej dotrzymać mu tempa, ale nie poddawała się, leżąc pod nim w splątanej pościeli i całując jego rozgrzane wargi, z bijącym mocno sercem czekając na moment, w którym ich ciała połączą się wreszcie z rozkosznym dreszczem. Aż wreszcie spostrzegła, jak przysuwa się do niej jeszcze bliżej, a jego dłonie z większą siłą wbiły się w jej boki, usta mocniej naparły na jej wargi. I zaraz krzyknęła cicho, zaskoczona nagłym bólem, jaki przez moment targnął jej ciałem; wbiła paznokcie w plecy Dymitra i czekała, aż to minie, a wróci cudowna, musująca w żyłach rozkosz.

    OdpowiedzUsuń
  57. Nie pomyliła się, sądząc, że rozkosz, dana jej przez Dymitra, będzie silniejsza niż cokolwiek, czego do tej pory doznała. Nie pomyliła się w żadnym calu, jeśli chodziło o ocenę tego, jak to będzie przeżyć z nim swój pierwszy raz - bo, jak od początku zakładała, było idealnie. Ból, który poczuła przez moment, był tylko krótkim błyskiem, bo zaraz po nim nadeszła oszałamiająca fala przyjemności, w której zniknęło całe cierpienie. Nie pamiętała już o swoich siniakach, o obolałych od najróżniejszych otarć ramionach, nie pamiętała o niczym, bo liczyło się tylko tu i teraz, i rozkosz, jaka rozchodziła się po jej ciele, wypełniała ją, pęczniała i rosła z każdą chwilą. Było jej wspaniale, bo choć Dymitr już dawno zapomniał o delikatności, ona już jej nie potrzebowała - sama nie potrafiła się powstrzymywać przed kąsaniem go, gdy tylko miała ku temu okazję, czy też wbijaniem paznokci w jego plecy, kiedy czuła, że zaraz odpłynie, może straci przytomność, a może wręcz przeciwnie, obudzi się do nowego, barwnego życia.
    I gdy było już po wszystkim, to choć ciało domagało się choćby chwili odpoczynki, ona pragnęła więcej! Było jej mało, ciągle mało, nawet mimo tego, że ostateczny dreszcz rozkoszy na kilkanaście długich sekund oślepił ją, pozbawił oddechu i czucia. Chciała, by Dymitr nadal ją dotykał, by wisiał nad nią, by oddychał w jej usta i całował ją tak przez całą noc. Więc gdy odsunął się, opadając na pościel tuż po długim, czułym pocałunku, który Iya bezbłędnie odczytała jako podziękowanie za wspólnie przeżytą rozkosz, miała ochotę natychmiast znów przyciągnąć go do siebie! Okazało się jednak, że zmęczenie i zaznana przyjemność wypełniły jej ciało czymś w rodzaju słodkiej mgły, która sprawiła, że dziewczyna nie była w stanie nawet podnieść ręki, nie mówiąc już o obróceniu się na bok czy wspięciu na ciało Dymitra. Leżała więc w gorącej pościeli, czując na skórze schnące wolno, drobne kropelki potu, ale także uświadamiając sobie z czasem, że wcale nie wyjdzie z tego "cała" - czuła na plecach pieczenie w miejscach, gdzie po ciele przemknęły paznokcie mężczyzny, usta też paliły ją, nabrzmiałe od pocałunków. Pewnie miała odkryć jeszcze kilka siniaków lub zadrapań, ale nie przejęła się tym zbytnio. Zresztą, nie miała czasu, bo zaraz potem poczuła znów na sobie dotyk Dymitra, tym razem szybkie ugryzienie w ramię, na co ona również zareagowała cichym śmiechem. Było jej cudownie, było jej wspaniale, było jej nieziemsko! Bo czego mogła chcieć więcej niż jego ust wędrujących w dół jej ciała?
    Zatrzymał się nagle, zostawiając ją drżącą w niecierpliwym oczekiwaniu, spragnioną dotyku, pieszczot, ciepła. Miała już przymknięte powieki, skupiona tylko na nim, na jego dłoniach i ustach, gdy zmuszona była otworzyć je gwałtownie. Zdziwiona, ale też trochę zła, że tak się z nią droczy, wygięła usta w podkówkę, już mając zamiar powiedzieć mu coś, zaszantażować, że ona też może mu tak podokuczać, jeśli mu się to podoba, gdy dotarło do niej, że to już nie to. Odsunął się od niej całkiem, więc, zupełnie zbita z tropu, podniosła się na łokciach, jedną dłonią odsuwając z twarzy splątane fale swoich ciemnych włosów. A potem w jednej chwili olśniło ją. Uśmiechnęła się, lekko zakłopotana, zagryzając dolną wargę i po prostu czekając na jego reakcję, nie mając pojęcia, czego może oczekiwać. Bo i co miała powiedzieć? Przeprosić go? Wyjaśnić, ale co? Więc milczała, patrząc na niego z pewnym niepokojem, którego ostrych ukłuć nie potrafiła sama powstrzymać.
    - Nie domyśliłeś się wcześniej, więc chyba byłam niezła, co? - rzuciła nagle, nie mogąc dłużej znieść ciszy, która zapadła, choć sama już nie wiedziała, jak długo trwa: kilka sekund czy kilka minut.

    OdpowiedzUsuń
  58. Oczywiście, że Iya nie miała zamiaru oddać się pierwszemu lepszemu, spotkanemu gdzieś w tunelu mężczyźnie, ale była też realistką i nie liczyła na wielką, romantyczną miłość, o której bajki opowiadała jej w dzieciństwie mama. Wiedziała, że w metrze w którymś momencie zmuszona będzie związać się z mężczyzną, który zapewni jej bezpieczeństwo i spokojną przyszłość, o ile o czymś takim można tutaj w ogóle mówić. Nie łudziła się, że spotka kogoś wyjątkowego, zakocha się i dopiero wtedy pomyśli o takich sprawach jak seks - bo przecież dziewictwo nie było tutaj niczym pożądanym. Mężczyźni szukali raczej kochanek z odpowiednimi umiejętnościami, a nie dziewczynek, które nie wiedzą, co robić. Nie żeby Iya myślała zbyt wiele o takich sprawach - po prostu znała schemat i wiedziała, co czeka ją za kilka lat. A do tego czasu mogła robić wszystko, na co miała ochotę i ceniła sobie tę właśnie wolność. Może też dlatego nie żałowała, że przespała się z Dymitrem: wiedziała, że była to jakaś jej zachcianka, nagły poryw, którym nie przywykła odmawiać. Ma przecież tylko jedno życie, musi się nim cieszyć, jak tylko się da, a już wiedziała, że seks to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie można robić pod ziemią. Z niczym nie mogła porównać tych dreszczy rozkoszy, jakie targały jej ciałem, ani też późniejszej lekkości i radości, które ją ogarnęły. I naprawdę nie zamierzała niczego żałować, bo poza tym, że nie miała czegoś takiego w zwyczaju, to też nie było czego! Było jej z Dymitrem świetnie i nie mogłaby w żadnej sytuacji zmusić się do żałowania tych chwil.
    Nie była zbyt zadowolona, że na jej pytanie odpowiedział jedynie skinieniem głowy, bo liczyła na jakiś komplement z jego strony, może przynajmniej drobną pochwałę, ale szybko okazało się, że on na nic takiego się nie zdobędzie. Przez moment poczuła się głupio, bo zrozumiała, że jej pytanie było nieco dziecinne, ale zaraz znów rozpromieniła się, uświadamiając sobie, że tak, z pewnością była całkiem niezła! Gdyby było inaczej, Dymitr po wszystkim po prostu obróciłby się na drugi bok i choćby udawał, że śpi, by już nie męczyć się z nieporadną kochanką, a on przecież wprost przeciwnie, zaraz znów zaczął ją całować, planując ciąg dalszy! A Iyi było to jak najbardziej na rękę, już nie mogła się doczekać, aż dotknie jej, przypomni ten rozkoszny dreszczyk, którego wspomnienie już z wolna zaczynało zamazywać się w jej pamięci, pozostawiając po sobie tylko niewyraźną słodycz. Gdy więc ułożył się obok niej, a jego dłonie powędrowały najpierw do brzucha, a potem do piersi, które dumnie eksponowała, niemal zupełnie pozbywając się swojego zawstydzenia, niemal zadrżała z ekscytacji. Powstrzymała się jednak, wypuszczając szybko powietrze, bo uznała, że nie powinna okazywać po sobie aż tak wiele entuzjazmu. I tylko zamruczała, gdy przylgnął do jej szyi ze swoimi pocałunkami, odchylając ją na bok, by ułatwić Dymitrowi dostęp do tych jakże wrażliwych na najdrobniejsze pieszczoty części swojego ciała. Słysząc jego pytanie, otworzyła przymknięte z rozkoszą oczy, zerkając na niego szybko, nieco zdziwiona.
    - Bo jesteś przystojny i wiesz, jak obchodzić się z kobietą. - wychrypiała po chwili ciężkim od emocji głosem, gdy już zdołała przypomnieć sobie, jak należy poruszać ustami, by wypowiedzieć kolejne słowa. - I dzięki tobie będę wspominać swój pierwszy raz jako, hm, całkiem przyjemne przeżycie. - dokończyła, obracając się w jego stronę, by zaraz zacisnąć dłonie na jego ramionach i znaleźć dla siebie wygodne miejsce, gdy usiadła na nim okrakiem z figlarnym uśmiechem, z którym pochyliła się i pocałowała go gwałtownie, namiętnie. Pieszczotę zakończyła, przytrzymując pomiędzy zębami jego dolną wargę, a potem przesuwając po niej językiem, by złagodzić nieco ból, który wywołała. - Jeszcze jakieś pytania? - rzuciła, ale tylko tak, dla zasady, bo jej kolejny ruch wyraźnie pokazał, że już nie ma ochoty rozmawiać; zsunęła się z pocałunkami niżej, najpierw na szczękę i szyję Dymitra, a potem na jego ramiona, tors i brzuch.

    OdpowiedzUsuń
  59. Iya była już cała jego, a on zdawał się mieć tego pełną świadomość, gdy bez skrępowania brał to, czego tylko zechciał. Ona zresztą nie pozostawała w tyle, sama również dbała o swoją rozkosz, bo wiedziała już, co to znaczy płonąć w ramionach Dymitra. Nie mogła pozwolić, by tylko on czerpał przyjemność, choć i to w pewnym stopniu było dla niej budujące - gdy widziała, jak nie może się powstrzymać przed dotykaniem jej, całowaniem, jak jego ciało całe wręcz rwie się, by być bliżej niej. Wiedziała, że chodzi tylko o tę chwilę, o tę noc, ale dzięki temu było to jeszcze bardziej ekscytujące. I gdy zbulwersowany Dymitr rzucił się na nią, by udowodnić, że "całkiem" to za mało, jeśli chodzi o określenie jego umiejętności, Iya wiedziała już, czego oczekiwać: niezapomnianych przeżyć, gorączki, oszałamiającej rozkoszy. Droczyła się z nim tylko przez moment, dłużej nie dała rady - oddała się mu, pewna, że tego nie pożałuje.
    A gdy po raz drugi opadli na pościel, zmęczeni, zroszeni kropelkami potu, z mocno bijącymi sercami i przyspieszonym oddechem, Iya poczuła, że jej apetyt został zaspokojony. No, może nie w pełni, bo gdyby tak było, pewnie nie dostrzegałaby już w Dymitrze obiektu seksualnego, co przecież nie minęło jej tak od razu, ale przynajmniej na tyle, by była gotowa dać mu już odpocząć przed czekającą go drogą. No, może nie chciała tak zupełnie mu odpuścić, bo marzyła jej się już poranna powtórka, ale teraz sama także potrzebowała przynajmniej odrobiny snu. W pierwszej chwili wtulona w niego ciasno, wciąż oddychająca wprost w jego usta, niedługo potem obróciła się do niego plecami z cichym życzeniem "śpij dobrze" na wargach. Łóżko było na tyle ciasne, że nie mogła się odsunąć, ale plecami wciąż przylegała do jego boku - z uśmiechem myślała o tym, że przynajmniej nie zmarznie i cieszyła się, że ma w swojej pościeli właśnie taki grzejnik.
    Rano jednak obudził ją właśnie chłód, ogarniający całe jej ciało, rozpuszczający swoje macki w ten okropny sposób niosący za sobą nieprzyjemny dreszcz. Skuliła się w kłębek, naciągając pościel po same uszy, zdziwiona, że nie ma na sobie żadnych ubrań, które także ochroniłyby ją przed zimnem. Dopiero po dłuższej chwili wróciły do niej wspomnienia ostatniej nocy, a potem także cała reszta wydarzeń, odkąd poznała Dymitra, jak na puszczonym od tyłu filmie. Póki co jednak skupiła się na tym, że jeszcze gdy zasypiała, był obok, że przecież przez całą noc czuła przy sobie to ciepłe, twarde ciało. Teraz nie było po nim ani śladu. Iya podniosła się na materacu, siadając, ciasno otulona kołdrą. Przecierając oczy, rozejrzała się po swoim ciasnym pokoiku, nie zauważając żadnego śladu po tym, że Dymitr w ogóle z nią tu był, że sobie go nie wymyśliła! Zniknęła wisząca na sznurku pod sufitem koszulka, zniknął on... A potem dostrzegła, że jednak nie, że zostawił dowód swojej obecności - pustą blaszaną miskę po wczorajszej kolacji. Dziwny niepokój targnął jej wnętrznościami, gdy uświadomiła sobie, że odszedł, że pewnie już nigdy go nie zobaczy. A potem poczuła złość i urazę, i zazdrość - że on mógł sobie pójść, a ona wciąż tu tkwi, w tym małym, kolorowym pokoiku, w pustym łóżku...

    OdpowiedzUsuń
  60. Wraz ze świadomością, że Dymitra już nie ma, w Iyę na nowo uderzył paraliżujący wręcz strach, który czuła poprzedniego ranka, gdy ciężka strażnicza pałka opadała na jej brzuch, wypychając z płuc całe powietrze i wywołując pod powiekami wirowanie gwiazd, których nigdy nie widziała na oczy. Przez cały ten czas, gdy był przy niej, każdym swoim ruchem, każdym gestem, każdym krokiem, który robił u jej boku, upewniał ją tylko w pewności, że przy nim jest bezpieczna, że nic i nikt jej nie zagraża. Sam potem jej to obiecał, gdy, zamroczona bólem, dała ujście swoim emocjom. Był wtedy przy niej i mówił, że wszystko jest już dobrze, że nic jej nie grozi, a ona, naiwna Iya, z miejsca mu uwierzyła. Zaufała mu w tej kwestii. I teraz, gdy zniknął, zostawiając ją zupełnie samą, samotną, przerażoną, poczuła, że była to najgłupsza rzecz, jaką zrobiła. Straciła dystans, którego przecież zawsze uważnie pilnowała przy kontaktach z mężczyznami. Na moment zatraciła siebie, także potem, gdy zaczął całować ją i dotykać, a ona nie wiedziała już, gdzie kończy się jej ciało, a zaczyna jego.
    Mimo wszystko nie potrafiła się jednak zmusić do żałowania tego, że poszła z nim do łóżka. Tutaj nie mogła wymazać z pamięci rozkoszy, jakiej doznała, tej uzależniającej mieszaniny bólu i oszałamiającej przyjemności, jakie jej podarował. Gdy podniosła się z łóżka, całe ciało miała ciężkie i obolałe, nie tylko przez siniaki na brzuchu, ale także przez nowe ranki i ciemne plamy sińców, jakimi obdarzył ją Dymitr. Z lekkim rozbawieniem spoglądała w lustro, widząc swoje nabrzmiałe wargi, potargane włosy i oczy, błyszczące w nowy, żywszy sposób. A było tak przynajmniej do chwili, w której nie zaczęła zastanawiać się nad tym, dlaczego mężczyzna zniknął bez słowa. Z początku po prostu była na niego zła, że jej nie obudził, że przynajmniej nie poinformował jej, że wychodzi, a jednocześnie czuła się urażona, że potraktował ją jak jedno nocną przygodę. Szybko jednak doszła do wniosku, że właśnie nią była i nie ma prawa się dziwić, że wyszedł, zanim wstała, bo chyba tak kończy się podobne znajomości - szybkim, bezbolesnym cięciem, jakby nic się w ogóle nie wydarzyło. Ale im dłużej myślała o ich krótkiej, ale jakże intensywnej znajomości, tym boleśniejszy niepokój uderzał w jej ciało. I wreszcie dotarło to do niej, już wiedziała wszystko.
    Tego dnia została w domu, po raz pierwszy rezygnując z pracy z tak błahego powodu. Nie miała specjalnych wyrzutów sumienia, bo przecież Tamara kazała jej zostać w łóżku, ale to nie było do niej podobne. Miała jednak zajęcie na całe popołudnie - zdecydowała się wysprzątać dokładnie cały swój maleńki pokoik, by nie nosił już żadnego, choćby najdrobniejszego śladu obecności Dymitra. Wyszorowała więc pościel, umyła podłogi i wywietrzyła cały wagon, by nic już nie mogło choćby mgliście jej o nim przypomnieć. Była zła, wręcz wściekła, ale przede wszystkim - boleśnie, głęboko zraniona. Musiała jakoś dać temu ujście, więc sprzątała, zdzierając sobie dłonie i wypacając emocje.

    OdpowiedzUsuń
  61. Gdy poczuła na sobie silne, męskie dłonie, w pierwszym odruchu spięła się gwałtownie, święcie przekonana, że to Simon [znowu nie wiem, czy już czasem nie nazwałam tego lekarza, którego I. się boi ;p] znów wraca do swoich mało zabawnych gierek. Przerażona, wstrzymała oddech, przygotowując się do ciosu, jaki chciała wymierzyć mu prosto w krocze, wykorzystując swoją drobną budowę i to, że z łatwością mogłaby mu się wywinąć. Po chwili jednak dotarło do niej, że zna zarówno dotyk tych dłoni, jak i niski pomruk, który chwilę później rozległ się tuż przy jej uchu. Rozluźniła się niemal natychmiast, a na jej twarz wstąpił radosny uśmiech, ale gdy obracała się w stronę Dymitra z zaskoczonym "co ty tu robisz?", wszystko to minęło. Przypomniało jej się wszystko, przypomniał jej się jej gniew i uczucie upokorzenia, którego gorzkiego smaku nie mogła pozbyć się aż do teraz. Z trudem powstrzymała się od zdzielenia go po twarzy, a jedynie szybko wysunęła się z jego ramion, znów odwracając się do niego plecami.
    - Nie mam czasu. - rzuciła ostro, pewna, że wie, po co przyszedł. A ona miała dużo pracy - dostali właśnie paczkę jeszcze szczelnie zamkniętej waty i teraz dzieliła ją na maleńkie kłębuszki, starannie odmierzając jak najmniejszą jej ilość, by starczyła na dłużej.

    OdpowiedzUsuń
  62. Źle działała na Iyę jego bliskość. Nawet mimo tego, że stał kilka kroków od niej, czuła bijące od jego skóry ciepło, a w nozdrzach miała jego zapach, już znajomy, wywołujący wspomnienia tej jednej wspólnie spędzonej nocy, która miała już zawsze pozostać w jej pamięci. Wzdłuż kręgosłupa czuła przyjemny dreszcz, mający wiele wspólnego ze spojrzeniem Dymitra, które, czego była pewna, sunęło po jej ciele. Wbrew sobie zastanawiała się nad tym, czy wyobraża ją sobie teraz bez ubrań, czy przypomina sobie jej kobiece krągłości, teraz znów ukryte pod długą spódnicą i nieco zbyt obszerną koszulką, która zsuwała jej się z jednego ramienia, odsłaniając mocno zarysowany obojczyk, a nawet część piersi. Gdy sobie to uświadomiła, ukradkiem poprawiła ramiączko, zasłaniając się przed spojrzeniem mężczyzny, przed jego obezwładniającą mocą, która sprawiała, że brunetka zapominała o wszystkich tych godzinach, które przepłakała w ostatnich dniach. Nie, nie wolno jej było o nich zapomnieć, nie wolno jej było tak łatwo mu wybaczyć.
    Z całych sił starała się skupić na swoim zajęciu, tak prostym, a w tej chwili sprawiającym jej tak wiele trudności. Dłonie drżały jej nieznacznie, zdradzając siłę targających nią emocji. Nie chciała, by Dymitr dowiedział się, jak bardzo jego wizyta wytrąciła ją z równowagi, więc gdy oparł się o stolik i zapatrzył na nią, przerwała swoje zajęcie. Wzięła głęboki wdech, a potem znów obróciła się do niego plecami, zgarniając część uformowanych już kłębków w dłonie i zanosząc je na stół obok, przygotowany już do opatrywania rannych. Dziś było dość spokojnie, co nie było jej na rękę - nie miała czym się zająć, nie widziała dla siebie żadnej wymówki. Mówienie, że jest bardzo zajęta, gdy jedynym, co musiała zrobić, było podzielenie na porcje odrobiny waty, wydawało jej się najgorszym wytłumaczeniem świata. Zaczęła więc sprzątać z blatu niepotrzebne rzeczy, przekładać narzędzia, układać poszarzałe bandaże i kawałki postrzępionych nici, byle tylko nie musieć odwracać się do Dymitra, nie musieć na niego patrzeć. Gniew wciąż szalał w niej, ale tłumiło go nieco inne uczucie, jakaś ulga, której jeszcze Iya nie pozwalała dojść do głosu.
    - Nie wolno ci tu być, nie jesteś ranny. - rzuciła po długiej chwili milczenia, gdy już przetrawiła nieco jego słowa, uznając, ze plecie od rzeczy. Chciała się go pozbyć, chciała, by oddał jej spokój, który zabrał ze sobą kilka dni temu, opuszczając jej pokój, jej stację. Chciała, by objął ją znowu i powiedział, że przez cały ten czas była bezpieczna, że czuwał nad nią, że myślał o niej. Ganiła się za te myśli, bo wiedziała, jak niepoprawne i naiwne są, ale i tak z nerwowym drżeniem czekała na jego kolejny ruch, nie mając pojęcia, czego oczekiwać.

    OdpowiedzUsuń
  63. Całe ciało miała napięte, mięśnie aż drżały jej w wysiłku - sama nie wiedziała, czy przygotowywała się do ucieczki, czy wręcz przeciwnie, do trwania nieruchomo, nie pozwalając sobie na choćby najlżejsze drgnięcie. Wkrótce uświadomiła sobie jednak, że to wszystko zależy od Dymitra, że on znów ma nad nią władzę, choć tym razem chyba nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Wyglądało to jednak zupełnie inaczej niż wtedy, gdy leżała pod nim, pieszczona jego dłońmi, całowana jego ustami. Jeśli zechce do niej podejść, wiedziała, że ucieknie. Jeśli wyjdzie, stosując się do jej słów, będzie zmuszać się, by za nim nie pobiec. Tkwiła w niej ta sprzeczność, której nie rozumiała i nawet nie starała się zrozumieć, bo wiedziała, jak kruche i ulotne jest to wszystko. Jeśli Dymitr zniknie na dobre, znikną również wszystkie jej problemy. Musiała tylko jakoś się go pozbyć - najpierw z tego namiotu, a potem także ze swoich myśli i ze zranionego serca.
    I mimo wszystkiego, co miała tak starannie zaplanowane, co przewidziało nawet jej ciało, dużo wcześniej, niż sama Iya zdążyła o tym pomyśleć, Dymitr zdołał ją zaskoczyć. Usłyszała jego głos, brzmiący tak lekko i swobodnie, że z zaskoczenia nie skupiła się do końca na tym, co mówi, a właśnie na sposobie, w jaki wypowiedział tych kilka słów - jakby nie istniał dla niego już żaden problem. Gdy więc znalazł się przy niej, ze zdziwienia szybko wciągnęła do płuc powietrze, a potem poddała się jego woli, nagle dziwnie zwiotczała, niezdolna do wyrażenia sprzeciwu. Jej opór wrócił, gdy mężczyzna zaczął ciągnąć ją w stronę wyjścia. Bezskutecznie starła się mu wyrwać, wyszarpując palce z silnego uścisku lub wbijając mu paznokcie z miejsca, do których mogła dosięgnąć, ale on zdawał się w ogóle nie rejestrować jej reakcji. Zresztą nie była w stanie wymówić choćby słowa, krzyknąć, a nikt bez tego nie miał zwrócić na nią uwagi.
    - Zostaw mnie w spokoju! - krzyknęła rozpaczliwie, próbując wyrwać się z jego uścisku, gdy już zatrzymali się kilka metrów od wejścia do namiotu. Co dziwne, wokół nie było zbyt wielu ludzi, dopiero nieco dalej, bardziej w głębi stacji, kotłowały się tłumy straganiarzy i sprzedawców, gdzieś tam szlochały dzieci. Tutaj byli właściwie sami, co przeraziło ją, bo uświadomiła sobie, że nie znajdzie się nikt, by przyjść jej na pomoc, gdyby Dymitr miał wobec niej nieprzyzwoite zamiary. Nie to, że w tłumie ktoś zechciałby jej pomóc, ale pewnie on nie miałby odwagi posunąć się do czegoś więcej. Teraz bała się, że może zechcieć wziąć to, czego potrzebuje, siłą. Nie podejrzewała go o to świadomie, ale w tym wypadku strach był silniejszy, podchodził jej do gardła, dławił ją powstrzymywanymi resztkami sił łzami. Już nawet przestała mu się wyrywać, zbyt oszołomiona i przerażona, by myśleć o tym, jak się od niego uwolnić.

    OdpowiedzUsuń
  64. Patrzyła na niego szeroko otwartymi z przerażenia oczyma, które nagle znów zrobiły się zupełnie suche. Oddychała szybko, niemal spazmatycznie chwytając kolejne wdechy, podczas których jej pierś unosiła się gwałtownie. Kiedy Dymitr wreszcie ją puścił, odsunęła się od niego na kilka kroków i stanęła w niewielkim rozkroku, znów napięta jak struna, gotowa do natychmiastowej ucieczki. Już nie było w niej tego pragnienia, by jednak zostać, uwierzyć w jego kłamstwa, byle tylko móc później skryć się w jego ramionach, gdy znów obieca jej bezpieczeństwo na kilka najbliższych godzin. Zresztą widać było po niej tej zmianę: dziewczyna w namiocie okazywała swoją niechęć otwarcie, całą sobą pokazywała zarówno złość, jak i pewność siebie. Teraz była obrazem rozpaczy, z tymi swoimi szeroko otwartymi oczami i znów zsuniętą z ramienia koszulką wyglądała wręcz jak mała dziewczynka, która zgubiła się i szuka kogoś, kto pomoże jej wrócić do domu.
    Wiedziała, że Dymitr nie ściskał jej dłoni aż tak mocno, by zrobić jej jakąś krzywdę, ale i tak potarła nadgarstek, upewniając się, że jest cały. Tylko na tę jedną krótką chwilę pozwoliła sobie odwrócić wzrok od jego twarzy, zaraz później znów wróciła do niej spojrzeniem, starannie śledząc każdą zmianę, próbując przewidzieć następny ruch. Jej zdziwienie było ogromne, gdy wreszcie dotarło do niej, że w jego oczach nie ma ani śladu agresji, której się tam, nie wiedzieć czemu, spodziewała. Wręcz przeciwnie - były łagodne, ciepłe, takie, jak pamiętała je sprzed kilku dni, choć wiedziała, że wtedy także się zmieniły, zapłonęły żądzą. Wreszcie uświadomiła sobie, że bije z nich troska, tak po prostu, jakby Dymitr się o nią martwił. Nie, nie mogła w to uwierzyć. Z góry założyła, że to jakaś jego gierka, podstęp, by znów mu się poddała, by mógł ją wykorzystać.
    - Nie masz prawa traktować mnie, jakbym była twoją zabawką. Nie masz prawa, rozumiesz? - warknęła szybko, a w miejsce wcześniejszego strachu, teraz pojawiła się złość. Oczy wypełniły jej groźne ogniki, a dłonie zacisnęły się w pięści, w małe piąstki, które, choćby nie wiadomo jak chciały i jak bardzo się starały, nie mogą zrobić prawdziwej krzywdy. Była bezbronna, a teraz także zyskała pełną tego świadomość.
    - No chyba, że uważasz, że jeszcze nie spłaciłam swojego długu. W takim razie zapraszam do mnie! Wszystko wynagrodzę ci w naturze, tak jak lubisz! - rzuciła jeszcze, ciszej i bardziej zajadle, pochylając się nieco w jego stronę, by w następnej chwili obrócić się na pięcie i ruszyć biegiem przed siebie, mijając wejście do szpitalnego namiotu i starając się powściągnąć cisnące się do oczu łzy.

    OdpowiedzUsuń
  65. A ona nie chciała żadnych tłumaczeń słuchać. Wszystko w niej gotowało się, wszystko ją bolało, czuła się rozbita na kawałki, zniszczona, słaba. Miała już po prostu dość - marzyła jej się ciepła kolacja i łóżko we własnym wagonie, w którym mogłaby zanurzyć się z rozkoszą i zapomnieć o całym świecie. Zapomnieć o tym, co się wydarzyło, o upokorzeniu, które spędzało jej sen z powiek. Bo wciąż nie mogła pozbyć się wrażenia, że Dymitr nie tylko potraktował ją jak rzecz, ale także nie widział w tym nic złego. I sam potwierdził to chwilę później, mówiąc, że Iya nie jest nikim wyjątkowym, że nadaje się na taką właśnie zabawkę jednorazowego użytku. A ona miała mu w to z miejsca uwierzyć.
    Zatrzymała się, choć wcale nie miała na to ochoty, bo czuła się zbyt zmęczona, by dalej biec. Patrzyła na Dymitra i liczyła, że pozwoli jej po prostu odejść, że oszczędzi sobie tłumaczeń, może powie coś, co pomoże jej wymazać go z pamięci. Patrzyła na niego z nadzieją, która zniknęła, gdy tylko Iya uświadomiła sobie, co takiego widzi w jego oczach, co płonie w nich jak latarnia, która bezlitośnie wskaże jej drogę do celu, ku któremu nie chciała podążać. A jednak zatonęła w tych oczach, jak zrobiła to już wcześniej, choć sytuacja byłą diametralnie różna. Pierwszego razu nie żałowała, nawet teraz, nawet po wszystkich tych nieprzespanych nocach. Tego miała żałować jeszcze przez długi czas.
    Jego słowa były jak noże, wszystkie wbite wprost w jej delikatne, naiwne serduszko, które wciąż łudziło się nadzieją, że dzięki jakiemuś słowu wszystko dla niej wróci do normy. Tak, było to z jej strony głupotą, idiotyzmem, ale chyba nie potrafiła inaczej, nie jeśli chodziło o nią, o całe jej życie, o wartości, na których je budowała. Ale wszystko runęło, musiało runąć, bo Dymitr nie znał litości. Uderzał w nią bez chwili wahania, bez zastanowienia. A może właśnie wszystko to miał przemyślane, może wiedział już wcześniej, czym ją zaatakuje, czym dotknie do głębi? Nie, w to nie chciała wierzyć, bo czuła całą sobą, że Dymitr nie jest zły, może tylko pogubiony... Ale pewnie to znów przejawiała się jej wrodzona naiwność i bezmyślna wiara w ludzi, bez względu na to, co się dzieje.
    A potem zalała ją fala goryczy i palącego gniewu, które w jednej sekundzie sprawiły, że Iya straciła nad sobą panowanie. Podniosła otwartą dłoń i uderzyła Dymitra w twarz, wymierzając mu siarczysty policzek, który nie mógł przynieść jej pełnej ulgi, jedynie jej namiastkę. Tak naprawdę chciała go bić, drapać, gryźć, kopać, by poczuł jej ból, by wiedział, jak cierpi, raniona jego słowami, niszczona, rozkładana kawałek po kawałku. Bo sama zgotowała sobie taki los, bo jest głupia, bo jest nikim. Iya to nikt. Wierzyła w to. Wiedziała to.
    I stała przed nim, znów oddychając z trudem, z piersią unoszoną gwałtownymi wdechami, z których każdy kolejny mógł nieść rozpaczliwy szloch. Trzymała go jednak wciąż w sobie, zostawiając na chwilę samotności, gdy nie przyniesie on jej jeszcze większego upokorzenia. Ale właściwie było to jeszcze możliwe? Czuła, że nie, bo była już na samym dnie, była śmieciem i wszystko, co kiedyś ciągnęło ją do góry, teraz zwaliło się na sam dół. W tej chwili nie istniała Iya Voronov.

    OdpowiedzUsuń
  66. Przez moment bała się, że tym policzkiem, który bez zastanowienia mu wymierzyła, wkładając w to całą siłę swoich drobnych ramion, jeszcze bardziej go rozjuszy. Nie wiedziała, czego się spodziewać, ale już wcześniej obawiała się jego agresji i to teraz do niej wróciło ze zdwojoną siłą. Przez ciągnącą się w nieskończoność chwilę była niemal pewna, że on zaraz odda jej, rozwścieczony zuchwałością tej dziewczynki, z którą zdarzyło mu się przespać. Niemal widziała jego pięść przecinającą ze świstem powietrze, już prawie czuła na szczęce ogłuszający, odbierający przytomność cios. Była pewna, że gdyby ją uderzył, nie pozbierałaby się po tym zbyt szybko. I nawet nie wiedziała, czy w takiej sytuacji ograniczyłby się tylko do tego jednego ciosu, skoro złość w nim również buzowała już od dłuższej chwili. On jednak przyjął jej policzek ze względnym spokojem, chyba nawet bez zbytniego zaskoczenia, co ją z kolei zdziwiło. Była jednak zbyt zmęczona, by jakoś to okazać, więc tylko drgnęła nieznacznie, powstrzymując się przed cofnięciem o krok. Nie uderzy jej, nie - ma lepsze sposoby, by ją zranić.
    I znów przekonała się o tym, gdy w następnej chwili do jej uszu dotarł syczący głos Dymitra, raniący kolejnymi ostrzami. Znów wytykał jej naiwność, choć przecież była już tego świadoma. Znów pytał, choć ona dużo wcześniej udzieliła mu odpowiedzi. Nie zamierzała się powtarzać i pogłębiać tego dołu, w który wpadła, a on teraz zakopywał ją w nim, zdając się nie widzieć i nie wiedzieć niczego. Czuła, że ma cel: zgnębić ją do końca, sprawić, by już się nie podniosła. Jeszcze trochę, zachęcała go w myślach, jeszcze chwila i nie będzie już czego we mnie niszczyć.
    Milczała razem z nim, teraz już nie potrafiąc na niego patrzeć, choć wszystko aż ją świerzbiło, by sprawdzić, co teraz się z nim dzieje, ocenić, co ma zamiar zrobić. Zamiast tego wzrok miała utkwiony gdzieś z boku, w przelewającym się w oddali tłumie ludzi, którzy spieszyli ku swoim sprawom. Nie potrafiła się nadziwić temu spokojnemu życiu toczącemu się tam, kilkadziesiąt metrów od niej, podczas gdy tutaj, pomiędzy nią a Dymitrem, właśnie runął w gruzach jej świat. Wszystkie wartości, wszystko, co o sobie wiedziała, co osiągnęła, do czego jeszcze dążyła - to odeszło w niepamięć wraz z jego słowami. Iya to nikt, powtarzała to sobie w myślach jak mantrę, czując w gardle dławiącą gulę.
    - A więc awansowałeś. Gratuluję. - rzuciła, gdy dotarły do niej jego słowa, cichsze i spokojniejsze niż poprzednie, ale to było chyba jeszcze gorsze. Odebrała je jak pokaz rozczarowania jej osobą, a choć nie mogła się temu dziwić, ta myśl odebrała jej resztki spokoju. W pierwszej chwili nawet słychać było w jej głosie dawną Iyę, cieszącą się sukcesami innych, cieszącą się razem z innymi, ale potem ona zniknęła, rozpłynęła się w powietrzu. Została tylko pełna goryczy dziewczyna, bezmyślnie powtarzająca w głowie słowo "awansowałeś" aż straciło ono swój sens. Nawet nie wiedziała, czy tak to się nazywa.

    OdpowiedzUsuń
  67. Nie nienawidziła go. Nawet po tym wszystkim, co się wydarzyło, po okrutnych słowach, które od niego usłyszała, nawet tak obolała, jak była teraz - nie potrafiła go znienawidzić. Tym samym znów objawiała się jej wrodzona naiwność i bezwarunkowa wiara w ludzi, ale nie przeszkadzało jej to, nie mogło. To było dla niej naturalne i z łatwością potrafiła wytłumaczyć Dymitra, choćby tym, że żyje w trudnych czasach, że musi dbać tylko o swoje dobro, że egoizm to jedyne, co go chroni. Rozgrzeszała go raz za razem, nawet z tych cech, które z całą pewnością posiadał, nie panując nad nimi choćby w najmniejszym stopniu, jak ta jego wybuchowość, którą Iya miała już okazję poznać. Teraz też widziała, jak na każdy jej ruch i każde słowo reaguje wręcz przesadnie emocjonalnie, ale znów tłumaczyła go: ma do tego prawo, musi się tak zachowywać, by przetrwać. Nie może ograniczać się tylko dlatego, że płacze przez niego jakaś nieistotna sanitariuszka. Rozumiała to. I o nic już go nie winiła.
    Nie mogła też żałować tego, że właśnie z nim przeżyła swój pierwszy raz i Dymitr nie miał racji, sądząc, że okłamała go wtedy, kiedy zapytał, dlaczego wybrała właśnie jego. Po pierwsze: nie wybrała. Można powiedzieć, że po prostu jej się nawinął, ale Iya nie miała nic przeciwko temu, nie przeszkadzało jej to, bo, jak powiedziała, był przystojny i potrafił obejść się z kobietą, a to, jak dla niej, szczególnie liczyło się podczas pierwszego razu. Wciąż tak właśnie myślała. Po drugie: nie chodziło o to, nie o to się złościła. Uderzyło w nią jedynie to, że zniknął bez słowa, nie racząc choćby szturchnąć jej i powiedzieć, że wraca już do siebie. Potraktował ją jak... dziwkę, wciąż nie mogła pozbyć się tego wrażenia, bo sądziła, że po tym, co razem przeszli, należało jej się choćby krótkie "żegnaj, było miło". Bez tego bardzo szybko dotarło do niego, czym dla Dymitra była ta noc: zapłatą za ochronę jej, wynagrodzeniem za spędzenie nocy w tym ciasnym, dziewczyńskim pokoiki. I tylko to ją bolało, tylko tego nie potrafiła mu jeszcze wybaczyć.
    Jej radość z sukcesu Dymitra była szczera, choć zgasła szybko jak wątły płomień na wietrze. Nie potrafiła po prostu utrzymać swojego entuzjazmu dłużej, ale nie sądziła, że on odbierze to inaczej, że zwróci to przeciwko niej. Nie rozumiała kompletnie, dlaczego znów na jego twarzy dostrzegła złość, może nawet urazę, bo nie sądziła, że czymś takim mogła jakoś go dotknąć. Otworzyła szeroko oczy, na moment zapominając o swoim bólu, który dotąd uginał jej plecy, jakby przyciskając ją do ziemi. Po prostu nie wierzyła własnym uszom, a po chwili także oczom. Rzucił w jej stronę ostatnie dwa słowa, potem, tak po prostu, odwrócił się na pięcie i odszedł.

    OdpowiedzUsuń
  68. Nie spoglądała na jego oddalającą się sylwetkę, nie pozwoliła sobie na tę wątpliwą przyjemność. Niemal natychmiast również odwróciła się i ruszyła biegiem w kierunku namiotu, z którego wyciągnął ją Dymitr, z trudem powstrzymując łzy. Chciała tylko zebrać swoje rzeczy i pójść już do domu, wykręcając się przed Simonem i Tamarą jakąś marną wymówką, której może nawet nie będą chcieli słuchać, skoro i tak nie mieli dla niej zadania. Gdy jednak weszła do środka, okazało się, że czeka na nią pacjent do szycia, więc tylko szybko doprowadziła się do stanu, w którym mogła pokazać się ludziom, a potem usiadła przy nim, uprzedzając, że może zaboleć, gdy będzie oczyszczać i opatrywać ranę na jego ramieniu. To jednak przypomniało jej o Dymitrze i o tym, jak się poznali, gdy przyszedł do niej z podobną wyrwą w skórze, więc znów łzy stanęły jej w oczach. Odsunęła się od mężczyzny, przepraszając go cicho, a potem oddała wacik i miskę z wodą innej sanitariuszce. Sama bez słowa zaczęła zbierać się do wyjścia. Drogę zagrodził jej jednak Simon z twarzą wykrzywioną gniewem. Zdezorientowana, zaczęła rozglądać się wokół siebie, szukając jakiejś pomocy, pewna, że to zaraz się stanie, że przestanie panować nad sobą, czego oczekiwała już od długich miesięcy... I nie pomyliła się. Zaczął krzyczeć, wyzywając ją od dziwek i puszczalskich, szarpał ją i ściskał za ramię, aż straciła w nim czucie. Targała nim taka wściekłość, jakiej nie widziała chyba nigdy wcześniej, ale strach sprawił, że nie była w stanie choćby drgnąć. Mężczyzna był jak dziki zwierz, jak monstrum, gotowe pożreć ją w całości, a ona po prostu kuliła się przed nim, w myślach zmawiając modlitwy, by jednak okazał łaskę, by dał jej spokój. A wtedy dotarło do niej, że wcale nie wścieka się o porzuconą przez nią pracę, a o mężczyznę, z którym rozmawiała, o Dymitra. Wykrzykiwał coś o tym, że urządza przed ludźmi pokazówkę, że kłótnie kochanków powinna zamknąć w swoim wagonie. Niewiele myśląc - odpyskowała mu coś. I to był błąd. Pierwszy cios, prosto w twarz, zaciśniętą pięścią, zupełnie ją ogłuszył, choć nie była pewna, czy to wina bólu, czy może zaskoczenia. Drugi, dużo silniejszy, trafił w jej wciąż posiniaczony brzuch, aż zgięła się w pół, ostatkiem sił trzymając się na nogach. Trzeci był tylko tak, żeby uzupełnić dzieło, kopniak wymierzony w udo, nieco powyżej kolana. Simon odszedł zaraz potem, spluwając w jej stronę, ale Iya jeszcze przez kilka długich chwil nie potrafiła się ruszyć. Nikt nie przyszedł jej na pomoc - wszyscy bali się podpaść szefowi. Więc sama, powoli i mozolnie, zaczęła podnosić się z podłogi, sprawdzając obrażenia, upewniając się, że niczego jej nie złamał. Całe ciało pulsowało jej bólem, więc nawet tego nie mogła być pewna. Wiedziała jednak, że on może wrócić, więc, utykając, ruszyła w kierunku wyjścia najszybciej, jak potrafiła, a potem dalej, do domu, szukając czegoś, o co mogłaby się oprzeć. Po jej policzkach łzy płynęły niewyczerpanym strumieniem, ale nawet nie była tego świadoma.

    OdpowiedzUsuń
  69. Sama nie wiedziała, jakim cudem zdołała dotrzeć do domu, skoro ciało miała tak obolałe, że każdy kolejny krok był dla niej prawdziwą katorgą. Powoli i mozolnie przedzierała się przez tłum ludzi, by ostatnie metry pokonać niemal na czworakach, przytrzymując się czego tylko się dało, byle tylko nie runąć na ziemię. Wiedziała, że wtedy nie tylko nikt by jej nie pomógł, ale ludzie pewnie wzięliby ją za pijaczkę albo z góry założyli, że już z tego nie wyjdzie, cokolwiek jej było - nie miałaby wtedy do czego wracać. Zacisnęła więc zęby i parła naprzód, by wreszcie ze szlochem wpaść do swojego wagonu. Dosłownie do niego wpadła, bo potknęła się w progu, zapominając o wolnej przestrzeni między peronem a podłogą pociągu. Na szczęście zdążyła złapać się stolika i podciągnąć do góry, ze szlochem rzucając się wreszcie na łóżko. Tego również pożałowała, bo zbyt gwałtowny ruch sprawił, że krzyknęła z bólu, gdy obite miejsca dały o sobie znać. Całe ciało pulsowało jej boleśnie, aż nie wiedziała już, co się z nią stało. Chyba nawet chciała wyrzucić z pamięci to wszystko, co się wydarzyło, ale nie potrafiła, póki co wspomnienia były zbyt żywe. Ilekroć zamykała oczy, twarz Simona wyrastała jej pod powiekami, groźna i przerażająca, wykrzywiona potwornym gniewem. Kuliła się więc na łóżku, modląc się o śmierć. Niczego już nie miała. Nie było do czego wracać.
    Drgnęła zaskoczona, gdy usłyszała gdzieś obok Dymitra szepczącego jej imię. W pierwszej chwili pomyślała, że po prostu go sobie wyobraziła, pamiętając to uczucie pełnego bezpieczeństwa, jakie dawał jej sam widok jego silnych, szerokich ramion, ale potem uświadomiła sobie, że on jest obok, tak samo prawdziwy jak ból, który nią targał i łzy, które płynęły po jej policzkach, zaraz wsiąkając w poduszkę. Nie potrafiła jednak ucieszyć się z tego, że jest blisko, a wręcz przeciwnie, bała się go teraz, niepewna, po co przyszedł. A co, jeśli znów chce się nad nią znęcać? Przecież ona nie da już rady, nie zniesie niczego więcej! Ale potem poczuła na sobie jego dłoń i to wszystko minęło, a pojawił się wstyd, palący i gorzki, który kazał jej ukryć twarz przed spojrzeniem mężczyzny. Wiedziała, że jest w opłakanym stanie - czuła na wardze cieknącą po niej krew i już przeczuwała powstanie ogromnego krwiaka na szczęce, gdzie czuła teraz nieprzyjemne pulsowanie. Nie chciała, by widział ją taką; szybko schowała twarz w poduszce, szlochając jeszcze gwałtowniej, osłaniając się ramionami przed jego wzrokiem. Ale tak naprawdę nie chciała, by ją teraz opuszczał, bo jeśli on sobie pójdzie, znów zostanie sama... Co wtedy z nią będzie?
    A gdy jednak nie cofnął dłoni, a wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że jeszcze mocniej przycisnął ją do jej pleców, ogarnęła ją fala takiej wdzięczności, że szloch ustał w jej piersi. Łzy wciąż płynęły w dół jej policzków, piekąc solą pękniętą wargę, ale na moment zelżał ucisk, jaki czuła na sercu. Uspokajała się powoli, starając się wyrównać oddech. Ale potem przypomniała sobie twarz Simona, jego gniew, i dotarło do niej, co oznacza jego wybuch, a w tej samej chwili jej ciałem znów targnął szloch. Niezgrabnie podniosła się na jednej ręce, a potem usiadła szybko, pokonując falę mdłości, i zarzuciła Dymitrowi ramiona na szyję, wtulając wilgotną od łez twarz w ciepłe miejsce tuż nad jego obojczykiem.

    OdpowiedzUsuń
  70. W jego ramionach w jednej chwili poczuła się bezpieczna. Oplotły ją niemal natychmiast, co przyjęła z gwałtownym westchnieniem ulgi, bo wcześniej czaił się w niej niejasny niepokój, który podpowiadał jej, że Dymitr może ją odepchnąć. Nie było to do końca logiczne nawet dla jej spowitego mgłą bólu umysłu, bo skoro przyszedł do niej, skoro tak łagodnie szeptał jej imię, nie mógł odtrącić jej, gdy potrzebowała poczuć go bardziej, mieć go bliżej. A jednak czuła, że ma do tego prawo po tym wszystkim, co wydarzyło się wcześniej, po ich kłótni, po policzku, jaki mu wymierzyła. Zresztą po chwili wszystko straciło dla niej sens, świat wydał jej się pozbawiony wszelkiej logiki. No bo jakim cudem całe jej życie posypało się w ciągu kilkudziesięciu zaledwie minut? Nie rozumiała tego. Nawet nie próbowała. Silne, twarde ramiona Dymitra chroniły ją przed zbędnymi myślami.
    Choć z początku dziwiła się temu, jak delikatnie i czule muska ją po plecach i włosach, niedługo potem stało się to dla niej zupełnie naturalne. Znała już przecież dotyk tych dłoni, choć nie taki, nie tak łagodny, nie pocieszający, jak teraz, gdy najwidoczniej chciał walczyć o jej spokój. Była mu za to niewyobrażalnie wdzięczna, bo choć nie mogła w pełni wrócić do równowagi, zbyt zniszczona, zbyt obolała i zraniona, to jednak z każdą chwilą ucisk w jej piersi malał, oddech wydłużał się, a szloch cichł. On obejmował ją lekko, jakby bojąc się zrobić jej krzywdę, ale ona przyciskała się do niego z całych sił, rozpaczliwie. Czuła bicie serca tuż przy jego sercu, włosami poruszał jej jego oddech, a to wszystko wreszcie sprawiło, że uspokoiła się niemal zupełnie, tylko łzy wciąż płynęły po jej policzkach, ale nad tym nie panowała.
    Nie chciała patrzeć mu w oczy, dziwnie zawstydzona tym wszystkim: tym, że znalazła się w takiej sytuacji, że wygląda tak tragicznie, że rzuciła się mu na szyję, że nie potrafiła się opanować. On jednak zmusił ją do tego, więc wreszcie podniosła spojrzenie i utkwiła je w jego zielonych oczach, teraz łagodnych. A pamiętała jeszcze, jak kipiały gniewem, jak płonęło w nich niepokojące światło. Ale teraz te oczy powtarzały zapewnienia, które wychodziły spomiędzy jego warg, a którym znów, naiwnie, uwierzyła. Tym razem jednak dopowiadała sobie, że tak, jest bezpieczna, ale tylko dopóki Dymitr jest z nią. Potem wróci cały koszmar. Ta myśl sprawiła, że znów twarz wykrzywił jej grymas, ale w tej samej chwili mężczyzna przyciągnął ją do siebie z powrotem. Poddała się jego ramionom, wtulając nos z jego skórę, wdychając jej zapach, uspokajający, bo cudownie, rozkosznie znajomy.

    OdpowiedzUsuń
  71. - Nie, to nie on. - rzuciła szybko, gdy tylko usłyszała jego pytanie. Głos miała ochrypły i ciężki od łez, ale powiedziała to wyraźnie, dość ostro, pospiesznie odsuwając się od Dymitra. Warga zapiekła ją, gdy tylko otworzyła usta, by się odezwać, ale stłumiła jęk bólu. Miała teraz ważniejsze zadanie: zapewnić szatyna, że nic się nie wydarzyło, że nic jej nie jest, że to nie wina Simona. Wszystko, byle tylko nie przyszło mu do głowy wymierzać sprawiedliwość, tak jak wtedy, gdy próbowała się przedrzeć do tunelu, a on pobił strażnika, który ją uderzył. Wiedziała już, że potrafi być impulsywny i że nie znosi damskich bokserów. Nie mogła więc pozwolić, by poszedł do szpitalnego namiotu i odnalazł jej szefa. Nie chciała, by w ogóle się tam pojawiał, bo wiedziała, że to nie skończy się dobrze. Nie dość, że wtedy ona już z pewnością straci pracę, to jeszcze nie wiadomo, do czego jest gotowy Simon. A co, jeśli wyciągnie broń? Wiedziała, że trzyma ją w namiocie, by mieć ją zawsze pod ręką, a nie wybaczyłaby sobie, gdyby Dymitrowi coś się przez nią stało.
    - To moja wina. Sprowokowałam go, wiesz? Sama się o to prosiłam. - zapewniła go zaraz, ze strachu znów oddychając szybko. By zatrzymać go przy sobie, nieśmiało dotknęła jego twarzy, a gdy nie odsunął się od razu, przytuliła dłoń do jego policzka. Próbowała uspokoić się, by nie dać mu kolejnego pretekstu do odszukania Simona i obicia mu jego obrzydliwej twarzy. Patrzyła mu teraz w oczy, uświadamiając sobie, że prawie siedzi mu na kolanach - ale tym nie przejęła się w ogóle. Najważniejsze było teraz przypilnowanie, by nie zrobił niczego głupiego.

    OdpowiedzUsuń
  72. W tej chwili nie potrafiła wybaczyć sobie jednego: tego, że nawet teraz, mądrzejsza o kilka życiowych doświadczeń, wciąż była tak naiwna. Ślepo wierzyła wszystkiemu, co widziała i czego doświadczała teraz od Dymitra, choć przecież powinna już pamiętać o wszystkim, co jej powiedział, a przede wszystkim o bijącej z jego głosu pewności, gdy mówił, że jest nikim. Pamiętała, ale to nic nie znaczyło, bo po tym wszystkim, co wydarzyło się później, jego raniące słowa nic dla niej nie znaczyły. Widziała w nim teraz kogoś zupełnie innego niż wtedy, bo też nie był taki sam. Nie dostrzegała już w jego twarzy takiej zawziętości, nie było w niej tego głuchego gniewu, którego wcześniej Iya tak bardzo się bała, podświadomie czując, że może on wiązać się z agresją. Tak, teraz jego profil także był ostry, naznaczony złością, ale wiedziała już, że tym razem nie jest ona skierowana w nią. Była więc w stanie zapomnieć o wszystkim, co mówił wcześniej, bo przy sobie miała już zupełnie innego Dymitra. Temu ufała, przy tym czuła się bezpieczna. I chciała, z całego serca pragnęła, by tak właśnie zostało. A może wystarczyło jej żyć w tym słodkim złudzeniu.
    Może dlatego właśnie tak bardzo zraniło ją, gdy odsunął się przed dotykiem jej dłoni. Iya przez chwilę jeszcze tkwiła tak, jakby wciąż czuła pod palcami jego szorstki policzek, dopiero po chwili opuszczając rękę, która wyglądała wręcz nienaturalnie, gdy ułożyła ją na swoim kolanie. Automatycznie też cofnęła się nieco, by nie siedzieć tak blisko niego, dotknięta zarówno jego dość wymownym gestem, jak i słowami, które też jakoś dziwnie w nią uderzyły. Chyba po prostu przez tych kilka chwil, gdy był tak ciepły i wyrozumiały, zdążyła do tego przywyknąć, a gdy wrócił chłodny, zdystansowany Dymitr, znów było jej nieswojo. Zresztą nawet nie potrafiła ustosunkować się do jego słów - bo i co miała odpowiedzieć, co miała zrobić? Raniło ją to, że nie patrzy na nią, ale chyba bardziej dotykały ją jego słowa. Bo czuła, jakby o coś ją oskarżał.
    Dopiero, gdy ponownie na nią spojrzał, zrozumiała, dlaczego tak zwlekał. Jego oczy znów były ciepłe i łagodne, a ona zmiękła cała pod ich spojrzeniem, które było niemal jak dotyk. Poddała się mu, tak samo jak dłoni Dymitra, która w chwilę później znów uniosła jej palce do jego policzka. Iya odetchnęła z ulgą, nie mogąc powstrzymać samotnej łzy, która przemknęła jej po policzku. Nawet nie zorientowała się, że już przestała płakać.
    - Nie, Dymitr. To nie jest ważne. Zostaw to. - szepnęła gorączkowo, znów przysuwając się do niego nieco bliżej. W spojrzeniu zapłonął jej teraz mały płomyczek nadziei, ale też gorące błaganie, by posłuchał jej, by odpuścił, bo przecież to nie miało sensu. - Proszę. - szepnęła ciszej, zupełnie miękko, prawie tak, jak szepcze się czułe wyznania.

    OdpowiedzUsuń
  73. To nie było tak, że Iya o wszystkim zapomniała - ona po prostu potrafiła zepchnąć to na dalszy plan, wyłączyć myślenie, wyciszyć uczucia. Dymitr mógł pomyśleć, że to z jej strony skrajny egoizm, skoro odsunęła od siebie tę złość i gorycz w chwili, gdy sama potrzebowała pomocy, ale był to raczej jej mechanizm obronny. Zresztą gdyby chodziło o niego, gdyby to jemu coś się stało i mogłaby mu jakoś pomóc, nie wahałaby się ani chwili, z całą pewnością postąpiłaby tak samo! To jednak nie mogło zmienić faktu, że nic teraz nie było między nimi z porządku, a wręcz przeciwnie - mieli w tej swojej dziwnej, pokręconej relacji jeszcze większy chaos. Wściekłość, gorycz i ból Iyi zostały zabarwione teraz wdzięcznością i ciepłem, jakie czuła w sercu, patrząc na siedzącego obok niej mężczyznę. Znów widziała w nim kogoś innego, nowego, ale ten facet był syntezą wszystkich, których poznała. I, wbrew wszystkiemu, chyba go lubiła.
    Dlatego tak bardzo zabolało ją, gdy uświadomiła sobie coś nowego: że teraz, gdy już wróci do siebie, to więcej do niej nie wróci. Tak, myślała tak te kilka dni temu, gdy obudziła się w pustym łóżku, ale teraz była to paląca, bolesna pewność. Zbyt dużo się wydarzyło, zbyt dużo słów padło, by tak po prostu mogli się jeszcze kiedyś spotkać, porozmawiać bez dużych emocji. Nie. Wiedziała, że będzie go unikać, gdy odwiedzi matkę, a nie wątpiła, że i on będzie starał się nie pojawiać więcej na Pawieleckiej. A może po prostu będzie w stanie mijać ją, udając, że jej nie zna.
    Na tę myśl znów stanęły jej w oczach łzy, ale na szczęście w tej samej chwili Dymitr odsunął się, wcześniej przesuwając opuszką palca po jej policzku. Cieszyła się, że nie widział tych nowych, kotłujących się w niej emocji, bo czuła - i miała taką nadzieję! - że nie będzie zadowolony z tego, co zaraz mu oznajmi, a właściwie: o co go poprosi. Uspokoiła się jednak szybko, szukając odpowiedniej chwili, by wyrzucić z siebie słowa, które miała już na końcu języka. Niestety, zgubiły się one gdzieś po drodze do ust, gdy usłyszała słowa Dymitra, niezrozumiałe dla niej, zadziwiające. Jak to: dla niego jest ważne? I natychmiast uznała, że musiała się przesłyszeć, z całą pewnością tak było, bo takich słów nigdy nie spodziewała się usłyszeć z ust tego mężczyzny. Zamrugała szybko, a potem potrząsnęła lekko głową, opuszczając wzrok, gdy ponowił swoje pytanie. Nie mogła mu odpowiedzieć, przecież wiedział! Sam także potwierdził chwilę później, że jest świadomy, czego Iya się boi. Więc dlaczego naciskał, no dlaczego tak mu na tym zależało?!
    Nie patrzyła na niego, gdy przemywał jej ranę na wardze, ale miała na to wygodne wytłumaczenie - przymknęła oczy, by jakoś przetrzymać ból, który znów rozlał się po tej części jej twarzy. Nie rozumiała, jak to działa, ale wszystko zaczęło ją boleć, gdy tylko poczuła pieczenie na wardze. Zacisnęła jednak zęby i przetrwała to, a gdy Dymitr skończył, zwijając zabrudzony kawałek materiału z kulkę, podziękowała mu cicho, ale także gorąco, jak tylko ona potrafiła. Wciąż jednak unikała jego spojrzenia i było widać, że czai się z czymś, z jakimiś dręczącymi ją słowami. Rzeczywiście - gdy odłożył na bok miskę z wodą i wytarł dłonie w czystą ściereczkę, Iya szybko poderwała głowę i spojrzała mu twardo prosto w oczy. W jej twarzy nie było teraz śladu wahania, niepewności czy strachu.
    - Dymitr... - zaczęła cicho, dość łagodnie i miękko, mimo wszystko odrobinę obawiając się jego reakcji. Jeśli zależało mu tak, jak mówił, nie spodoba mu się to, co powie. - Doceniam to, co dla mnie robisz. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo jestem wdzięczna, że tu jesteś - Przy tych słowach sięgnęła szybko po jego dłoń i ścisnęła ją mocno, jakby chciała tym dodać sobie otuchy. - ale sądzę, że powinieneś już... iść. Muszę poradzić sobie z tym wszystkim sama. - zakończyła, siląc się na blady, bardzo blady uśmiech, który natychmiast zgasł, nawet nie zdążywszy dosięgnąć jej oczu.

    OdpowiedzUsuń
  74. Poczuła nieprzyjemne, gwałtownie szarpnięcie w okolicach żołądka, nie mające nic wspólnego z obrażeniami, których doznała dziś i wcześniej, kilka dni temu, gdy dotarło do niej, że Dymitr nie ma jednak zamiaru protestować. Naiwnie łudziła się, że może uprze się, by zostać, że może będzie chciał jeszcze wyciągnąć z niej, co takiego wydarzyło się pomiędzy nią a jej przełożonym. Ale znów okazała się głupią, głupią Iyą, która pokłada stanowczo zbyt dużo wiary w ludzi. Nic dla niego nie znaczyła. Była nikim. A to, że siedział przy niej, że zajął się nią, że starał się opatrzyć rany na duszy i tę jedną krwawiącą na ciele... To była inna bajka, może jedynie jakiś jego impuls, którego nie zdążył stłumić. Znów czuła, że to nie był on, nie ten prawdziwy Dymitr, choć coś jej nie pasowało. Czuła niejasny niepokój, niezwiązany z niczym konkretnym, z żadnym towarzyszącym jej wcześniej uczuciem. Po prostu coś jej tu nie grało, ale jeszcze nie potrafiła określić, co to takiego. Było tak jakby próbowała połączyć strzępki informacji, które posiadała, ale były one zbyt małe, by dać jej pełen obraz, którego teraz tak rozpaczliwie potrzebowała.
    Skuliła się nieco, gdy Dymitr podniósł się i po prostu ruszył do wyjścia. To było chyba gorsze niż kolejne raniące słowa, bo oznaczało, że jest mu zupełnie obojętna, a chyba mimo wszystko miała nadzieję, że zajęła już jakieś miejsce w jego sercu. Teraz dochodziła do wniosku, że chyba wcale go nie ma. Ale nie winiła go za to. Każdy radził sobie pod ziemią jak tylko potrafił, a jemu szło cholernie dobrze. Po chwili jednak usłyszała jego głos i gwałtownie poderwała głowę do góry, natychmiast czując nieprzyjemne drgnięcie w obolałym policzku. Patrzyła na niego, nie będąc w stanie ukryć w swoim spojrzeniu płonącej w nim nadziei. Tak bardzo chciała, by powiedział coś... Coś, co jakoś jej pomoże. Skrzywiła się lekko, gdy tylko zarzucił ją pytaniami, a potem zadrżała, uświadamiając sobie, że Dymitr wie jednak więcej, niż mogła się tego po nim spodziewać. I dziwiła się, że tego wszystkiego sam się domyślił.
    - Boję się. - przyznała, nie mogąc powstrzymać drżenia głosu przy tych słowach, tak prawdziwych przecież! Teraz bała się przez cały czas. - Zrozum, Dymitr... - powiedziała cicho, ale tym razem gorąco, jakby chciała przekonać nie tylko jego, ale także samą siebie, jednocześnie niezgrabnie podnosząc się z materaca, z trudem podciągając się o ścianę wagonu. Gdy już stała odetchnęła cicho, prostując się, jakby chciała pokazać, że nic jej nie jest, choć nie była w stanie oprzeć ciężaru ciała na lewej nodze i ledwo powstrzymywała się przed ugięciem pleców, by odciążyć także obolały brzuch. - To, że teraz tu zostaniesz, że dziś mnie przed nim ochronisz, nie zapewni mi bezpieczeństwa jutro. Będę tu sama i sama jakoś się z tym uporam. Nie mam wyboru. - wyjaśniła, wciąż nie potrafiąc zapanować nad głosem. Bo wiedziała, że ma rację, ale też miała świadomość, co się pod tą racją kryje. Kolejne siniaki. Kolejne wypłakane rzeki łez. Kolejne upokorzenia. Ale nie miała wyboru. Musiała zagryźć zęby i wszystko to znieść.
    - Chciałabym, żebyś został. - szepnęła po chwili, zanim Dymitr zdążył odpowiedzieć. Wreszcie odniosła się do tego jego pytania, które najbardziej wyryło jej się w pamięci. Głos miała teraz cichy i miękki, tak samo, jak kilka chwil wcześniej, gdy równie łagodnie wymówiła swoje "proszę". Objęła się ramionami i na moment spuściła wzrok, a potem znów odnalazła jego oczy. - Ale przecież nie możesz.

    [dobra, takie bez zakończenia w sumie, ale się siora na mnie drze :> do jutra ;)]

    OdpowiedzUsuń
  75. W niej również kłóciły się dwie dziewczyny i dwa wrażenia, którym z całych sił starała się nie poddać. Wiedziała, że to może przynieść jej tylko zgubę, że oba są tak samo niebezpieczne, więc nie chciała wybierać jednego. Bo i jak mogłaby zdecydować pomiędzy bólem i samotnością a bólem? Jasne, ryzyko drugiego mogłoby przynieść jej wygraną, mogłoby dać jej coś, czego już pragnęła, choć jeszcze nawet nie myślała o tym, nie wiedziała, co to takiego. Ale pierwsze rozwiązanie byłoby rozsądniejsze - tak powinna postąpić odpowiedzialna Iya. I tylko serce rwało się niejasnym dla niej rodzajem drżenia, gubiło swój rytm, zaraz odszukując go z gwałtownym porywem. Chyba jednak miała posłuchać właśnie jego głosu, z całych sił domagającego się uwagi.
    Z trudem powstrzymała znów narastający w jej piersi szloch, tym razem pełen ulgi i nieopisanej radości. Chwilę przed tym, jak padły słowa Dymitra, wiedziała już, jaka jest jego decyzja, ale i tak czekała, aż usłyszy ją z jego ust, aż rozlegnie się w tym malutkim pokoiku i wypełni wszystkie kąty i luki swoim ciepłem. Stała przed nim, drżąc na całym ciele i modląc się, by wziął ją znów w ramiona i skłamał, że już niczym więcej nie musi się martwić. W tej chwili tak bardzo potrzebowała poczuć go obok siebie, że była gotowa go błagać, byle tylko dotknął jej twarzy, przebiegł palcami po policzkach, pogładził po włosach. Gdy jednak padły jego słowa, niosące tę niemożliwą do opisania ulgę, która rozlała się po jej ciele rozkosznym ciepłem, a potem podszedł do niej, poczuła, że wcale nie potrzebuje jego dotyku. Energia przepływała między nimi bez przeszkód, gdy tylko się zbliżył, a to sprawiło, że Iya nieomal się uśmiechnęła. Oczy na moment rozbłysły jej wdzięcznością i czymś jeszcze, jakimś nieokreślonym do końca ciepłem, a potem skinęła szybko głową, bezgłośnie szepcząc "dziękuję". Wiedziała już, że Dymitr rozumie.
    Starała się nie pokazać po sobie, jak dużo trudności sprawia jej ponowne zwinięcie się na łóżku w kłębek - obróciła się do Dymitra plecami, by nie widział, jak się krzywi, a potem skuliła się na pościeli, nie kłopocząc się ani przykrywaniem, ani też przebieraniem w wygodniejsze ubrania. Póki co było jej wszystko jedno, a jeśli poczuje się lepiej, to wstanie i doprowadzi się do ładu. Teraz jednak musiała skupić się na tym, by uspokoić na nowo rozszalałe bicie serca. Nie wiedziała, co się z nią dzieje - czy to wina stresu i strachu, czy może bólu, czy jeszcze czegoś innego. Wszystko bolało ją także w środku, bo serce trzepotało w klatce piersiowej jak oszalałe, nie chcąc zwolnić ani na moment. A gdy palce Dymitra prześlizgnęły się po jej włosach, wcześniej zahaczając o ramię, na moment musiała zamknąć oczy, bo drżenie spod mostka uderzyło jej w tej chwili do głowy. Dopiero jego pytanie wyrwało ją z zamyślenia. Spojrzała na niego, obracając głowę - leżała teraz na plecach, mając jednak tułów wykręcony tak, że lewa noga znajdowała się na górze, odsłonięta, z podwiniętą niemal do samego uda spódnicą. Gdyby nie rana na wardze, w tej chwili z pewnością by ją zagryzła, nieco zakłopotana; w pierwszej chwili potrząsnęła nieznacznie głową, wiedząc, ze wcale nie potrzebuje lekarza, a już na pewno nie chce, by jakikolwiek znajomy z pracy widział ją w tym stanie. Ale miała do Dymitra inną prośbę.
    - A może mógłbyś... mógłbyś spróbować zamknąć drzwi? Nie ruszałam ich od lat, nie wiem, czy w ogóle się da... - wyszeptała, nie potrafiąc zmusić się do mówienia normalnym głosem. Była osłabiona wszystkim tym, co się wydarzyło, a teraz jeszcze dochodziła do tego jakaś dziwna niepewność granicząca z nieśmiałością, gdy prosiła Dymitra o pomoc.

    OdpowiedzUsuń
  76. Wciąż nie mogła uwierzyć, że Dymitr jest przy niej, że zostaje, a ona rzeczywiście może na razie odpuścić wszystkie swoje walki, może po prostu odpocząć. Czuła w sercu pulsujące ciepło, wdzięczność, radość, że w tak trudnej chwili ma przy sobie jego silne, opiekuńcze ramiona i łagodny głos, mówiący o tym, że już niczym nie musi się martwić, że on się nią zaopiekuje. Dzięki temu, wbrew wszystkiemu, czuła się silniejsza, jakby spływała na nią część pewności Dymitra, jakby dzięki spędzonym razem chwilom później sama mogła się obronić. Wiedziała, że to głupie, ale i tak cieszyła się z jego obecności. I nie miała pojęcia, jak zdoła mu za to podziękować, jak podziękuje mu za wszystko, co dla niej zrobił. Bo teraz wszystko, co było między nimi złe, to, co przyniosło ból, poszło w niepamięć. Nie było ważne, bo przecież Dymitr odkupił właśnie swoje winy, decydując się z nią zostać, jakiekolwiek one nie były. Iya miała tylko nadzieję, że on także zapomni o ich kłótni, że nie będzie chciał do niej wracać.
    Gdy Dymitr szybko podniósł się z materaca, podrywając się, by spełnić jej prośbę, Iya westchnęła cicho, czując nagle nieprzyjemny ucisk w okolicach żołądka. Nagle ogarnął ją strach, że on zniknie, gdy tylko zamknie oczy, gdy uśpi swoją czujność. Stał teraz przy drzwiach, mogąc właściwie w każdej chwili zeskoczyć na peron i po prostu odejść, a ona nie będzie miała prawa gonić go czy zatrzymywać. Zresztą jak miałaby to zrobić? Nie miała do tego żadnej siły, niczego nie mogła mu zaoferować w zamian, nie miała jak zapłacić mu za tę opiekę. Ogarnął ją palący wstyd - zarówno przez to, że takie myśli w ogóle przyszły jej do głowy, jak i ze względu na świadomość, że ma rację. Wykorzystywała go, zagrała na jego uczuciach, by z nią został, a teraz nie miała nawet możliwości odpowiednio mu podziękować. Bo i co mu z tego jej marnego "dziękuję"?
    Spięła się cała, gdy usłyszała na zewnątrz wagonu męski głos. W pierwszej chwili zmęczony umysł postanowił spłatać jej figla, podsuwając pod ten głos twarz Simona, ale po kilku sekundach uświadomiła sobie, że to nie on. Na słowa Dymitra skinęła głową, czując wdzięczność rozchodzącą się po ciele, gdy uświadomiła sobie, że pamięta o jej lękach, że uspokaja je, zanim zdążą się nawet w pełni wyklarować. Był niesamowity. Z tą myślą skuliła się nieco bardziej na łóżku, czując nagłe ukłucie chłodu na wspomnienie tego, jak przed kilkoma dniami obudziła się sama po spędzonej z nim nocy. Nie. Wiedziała, że tym razem nie zrobi jej czegoś takiego.

    OdpowiedzUsuń
  77. Podniosła na niego wzrok, uśmiechając się nikle, gdy wrócił do wagonu. Mimowolnie słyszała niemal całą jego rozmowę z kolegą, tylko niektóre, ciszej wypowiedziane słowa zniknęły w gwarze szykującej się do snu stacji, ale nie pokazała tego po sobie. Nie, nie podsłuchiwała - po prostu nie odszedł zbyt daleko i wszystko było słychać, ale jedyną jej reakcją miała być teraz tylko jeszcze większa wdzięczność. Patrzyła, jak szarpie drzwiami, a gdy te zamknęły się za nim, odetchnęła z ulgą; czuła się dzięki temu bezpieczniej. Na jego komentarz zareagowała szybkim, bladym uśmiechem, gdy dotarło do niej, że choćby dzięki temu nie wymknie się rano bezszelestnie z wagonu - drzwi będą skrzypieć i jęczeć, więc z pewnością ją obudzą. A gdy dostrzegła jego uśmiech i zobaczyła, jak znów układa się obok niej, po raz kolejny poczuła wyrzuty sumienia. Wiedziała już, że musi odciąć się od tego, co wydarzyło się między nimi wcześniej, od ich kłótni, bo z innym wypadku nie pozbędzie się podejrzliwości, nie zaufa mu tak, jak by tego chciała. Z cichym westchnieniem skinęła głową, słysząc jego słowa, a potem przysunęła się do niego bliżej, mając ochotę zastosować się do jego słów: po prostu zamknąć oczy i zasnąć. Rozpraszał ją jednak dotyk jego palców, po którym zostawał jej na policzku rozgrzany ślad. Zadarła więc zaraz głowę do góry, by spojrzeć mu w oczy, a potem uniosła dłoń, dotykając w zamyśleniu jego szczęki.
    - Nie będziesz miał przez to nieprzyjemności w pracy? - zapytała cicho, a zanim on zdążył się zdziwić, że ona wie, zawstydzona spuściła spojrzenie. - Przepraszam, nie chciałam podsłuchiwać twojej rozmowy. Po prostu ją usłyszałam. - usprawiedliwiła się, nie mając pewności, czy Dymitr mimo to nie będzie na nią zły.

    OdpowiedzUsuń
  78. Spięła się cała, czekając na reakcję Dymitra. Już w chwili, gdy zaczęła mówić, dotarło do niej, że powinna była milczeć, zachować dla siebie wątpliwości, którym on i tak miał zaprzeczyć, niezależnie od tego, jaka jest prawda. Był dla niej dobry i łagodny, i nie mógłby pozwolić, by miała wyrzuty sumienia z powodu jego pracy i zaniedbanych obowiązków, nie, dziś nie potrafiłby obarczyć jej tym, za co była mu niesłychanie wdzięczna. Nie potrafiła jednak pozbyć się wrażenia, że jest na nią zły o tę podsłuchaną rozmowę, nawet gdy odpowiedział jej tak, jak przypuszczała - starając się ją uspokoić, sprawić, by wreszcie się rozluźniła, odpuściła, zaufała mu. Zastanawiała się, czy o także mu chodzi: o zdobycie jej zaufania, może sympatii, która przecież łączyła się z tym nierozerwalnie. Tak naprawdę wątpiła, by rzeczywiście zależało mu na niej i na znajomości z nią, ale przyjemnie było myśleć w ten sposób, nawet w sytuacji, gdy wiedziała, że właściwie nigdy więcej nie będzie się mogła z nim pokazać, jeśli chce zachować pracę i, co ważniejsze, utrzymać się przy życiu. Mimo to pragnęła, by Dymitr nadał tej nocy jakieś znaczenie, by powiedział coś, co da jej do zrozumienia, że ona nie jest już dla niego taka zwykła. Sama nie wiedziała, czego tak do końca od niego oczekuje, czuła, że nie powinna, ale... był w niej ten niedosyt, jakby coś jej właśnie umykało, a ona kompletnie nie potrafiła zrozumieć, co to takiego.
    A potem, gdy powtórzył swoje polecenie - nie mogła się powstrzymać przed myśleniem o tym w ten sposób, bo to dawało jej poczucie, że Dymitr ma nad wszystkim kontrolę, więc ona już nie musi - ale tym razem ciszej, mrucząc niemal wprost do jej ucha, bez ociągania poddała się jego woli. Obróciła się do niego plecami i zgrała swoje ruchy z jego, gdy dopasowywał swoje ciało do krzywizny jej, a potem objął ją i przyciągnął do siebie jeszcze bliżej. Mimowolnie westchnęła cichutko, rozluźniając się w jego objęciach, ciepłych, silnych i bezpiecznych. Tak, teraz mogła już odpuścić. Ale gdy tylko zamknęła oczy, zmaterializowała się pod nimi zmieniona okrutnym gniewem twarz Simona, a potem ona zniknęła, a na jej miejsce pojawił się Dymitr, również targany wściekłością skierowaną w nią i tylko w nią. Zadrżała mimowolnie, znów spinając się i kuląc nieco bardziej, a po jej policzkach popłynęły łzy, gorące, wypalające w jej skórze głębokie koryta. Czuła je na twarzy, była świadoma każdej kropelki wędrującej w stronę poduszki, by wreszcie wsiąknąć w nią i zniknąć; tylko skupianie się na tym powstrzymywało szloch narastający w jej piersi. Bała się jutra, tak strasznie bała się poranka, gdy będzie musiała pożegnać Dymitra, a potem wrócić do pracy, do Simona, zdolnego właściwie do wszystkiego.

    OdpowiedzUsuń
  79. Wiedziała, że wylała już za dużo łez, ale one wciąż płynęły, a ona była zbyt słaba, by z nimi walczyć. Pozwalała im żłobić w swoich policzkach kręte ścieżki, jednocześnie mając tę uspokajającą świadomość, że niedługo utulą ją do snu, zmęczoną, z bolącą głową i poranionym ciałem. Ale chciała już odpłynąć w ten słodki niebyt, chciała przestać myśleć, zastanawiać się i bać, choć przecież nie mogła mieć pewności, że we śnie nie nawiedzą jej koszmary, a w nich dwie zlewające się i rozdzielające na nowo twarze - Simona i Dymitra, tak różne, a jednak połączone w jej umyśle jakąś drażniącą, jaskrawą nitką. Miała nadzieję, że jednak ramiona tego drugiego odgonią je skutecznie, dając jej tak potrzebne teraz ciepło i poczucie bezpieczeństwa, ale podświadomie czuła, że to będzie za mało. Musiała rzeczywiście wiedzieć, że nic jej nie grozi, że nie zostanie już skrzywdzona, by spokojnie zasnąć snem bez żadnych koszmarów.
    Nie chciała, by Dymitr zwrócił na nią uwagę, by znów zaczął ją uspokajać i pytać, bo bała się, ze niedługo straci do niej cierpliwość i odejdzie. Była pewna, że już jest wystarczająco zmęczony jej łzami, tymi niekończącymi się strumieniami zalewającymi jej policzki, ale niczego po sobie nie okazywał, za co była wdzięczna. Musiała więc zrobić wszystko, by na resztę nocy pozbyć się jakoś swojego strachu, jeśli nie chciała, by ją opuścił. Nie mogła ciągle obarczać go swoimi problemami, choćby dlatego, że dziś robiła to przez cały czas, ciągle na nowo. Łzy jednak nie chciały płynąć, a on albo wyczuł napięcie jej ciała, albo usłyszał ciche pochlipywanie, bo zaraz znów pochylał się nad nią, jeszcze ciepły i troskliwy, wyrozumiały i cierpliwy. Zamknęła oczy, chcąc go takiego zapamiętać, chcąc móc wspominać, jak przez chwilę się o nią troszczył, jak mu zależało. Ale on nie ustąpił, gdy skinęła lekko głową, wtulając twarz w poduszkę. Poczuła, jak jego palce przebiegają po jej skórze, gdy zakładał zbłąkany kosmyk włosów za jej ucho, a potem w szyję połaskotał ją jego oddech, gdy przysunął się zupełnie blisko niej. Miała wrażenie, że mocniej przyciągnął ją do siebie, a ona nie protestowała, czując teraz na plecach bicie jego serca, mocne i uspokajające.

    OdpowiedzUsuń
  80. - On... To znaczy... W ten sposób uderzył mnie po raz pierwszy. - wymamrotała cichym, zduszonym przez poduszkę głosem, skuszona łagodnością słów Dymitra; sama nie wiedziała, jak ująć to wszystko, co chciała z siebie wyrzucić. Musiała jednak próbować, bo czuła, że jeszcze trochę, a wybuchnie, bo wszystkie te emocje, cały strach zajmą w niej zbyt dużo miejsca. - Nigdy wcześniej nie dostałam w twarz. Wiesz, nie mogłabym ukryć siniaków pod ubraniem. - wyjaśniła zaraz, ostatnie zdanie wypowiadając jednocześnie z sarkazmem i gwałtownym przypływem złości. Zaraz potem wraca jednak strach i znów zalewa się łzami, przez moment drżąc gwałtownie na całym ciele, z nosem wciśniętym w poduszkę i palcami zaciśniętymi gdzieś na pościeli, by pokonać ból. Wspomnienia uderzyły w nią z okrutną mocą: pierwszy raz, gdy klepnął ją w pośladek, szczerząc przy tym zęby w uśmiechu, który nie zajął jego oczu, te pozostały zimne i nieprzyjemne. Dzień, gdy popchnął ją na szafkę z narzędziami, a ona upadła, wbijając sobie we wnętrze dłoni mały skalpel; do teraz miała w tym miejscu niewielką, białą kreskę, bliznę, która zawsze będzie przypominać o tamtym bólu. To on szył ją potem, przepraszając za swój wybuch. Obiecywał, że to się nie powtórzy, ale, oczywiście, zdarzyło się znowu, kilka dni później - skręciła wtedy kostkę, przewracając się na krzesło, które złamało się z okrutnym trzaskiem. A ten drań powiedział, że to jej wina, i nie wypłacił jej tygodniówki. I tylko ostatnio miała spokój, Simon zmienił taktykę.
    - Od zawsze. - odpowiedziała wreszcie na jego pytanie, czując gwałtowny skurcz w żołądku. - Uczył się u mojego ojca, a potem przejął po nim Pawielecką, choć wcale nie był najlepszy, wiesz? To tylko mój tata mówił, że ciężko pracuje i wzbudza zaufanie, więc się nadaje. A kiedyś wyrwało mu się, że chciałby mieć takiego zięcia... - urwała gwałtownie, wiedząc doskonale, że nie musi kończyć i wyjaśniać, jakie prawa rości sobie teraz do niej Simon. Czuła, że Dymitr także nie potrzebuje nic więcej, bo wszystko już wie. Z gwałtownym szlochem wtuliła się w niego mocniej, uspokajając się po krótkiej chwili, gdy z jej języka zniknęła już gorycz wypowiedzianych przed chwilą słów.

    OdpowiedzUsuń
  81. Czuła, jak ciało Dymitra spina się gwałtownie, gdy już zdołała wyrzucić z siebie te najboleśniejsze, bo przerażająco prawdziwe słowa, ale dziękowała mu z myślach, że nie pozwolił sobie na nic więcej, na żaden wybuch, na pełne złości słowa. Chyba nie zniosłaby już jego gniewu, nawet teraz, gdy wiedziałaby, że nie jest skierowany w nią - po prostu zbyt dotkliwie ranili ją dziś ci dwaj mężczyzny, by była w stanie znieść choć odrobinę więcej. Naprawdę pragnęła już zasnąć, a najlepiej potem wcale się nie obudzić, pozostać w bezpiecznych ramionach Dymitra, gdzie nic, jak sam mówił, nie mogło jej zagrozić. Ale sen nie przychodził, nawet nie przypominał o sobie, a wręcz przeciwnie - oczy, choć zmęczone wypłakanymi potokami łez, nie chciały się zamknąć, a serce wciąż szalało w piersi, rozjuszone wspomnieniami, dotknięte słowami, które dopiero po dłużej chwili ucichły w jej głowie. Silne, męskie dłonie na jej plecach, ramionach, włosach i twarzy wreszcie je odgoniły.
    Ale nim zdążyła w pełni się uspokoić, nie tylko fizycznie, ale także choćby w minimalnym stopniu psychicznie, padły słowa Dymitra, tak nieoczekiwane, że Iya aż cała znów spięła się szybko. Nie, nie wietrzyła żadnego podstępu, wręcz przeciwnie, z miejsca przyjęła to wszystko za prawdę, choć nie bez zaskoczenia. Nie spodziewała się z jego strony takich wyznań, nawet o nich nie marzyła, bo czuła, że nie ma co - taki mężczyzna jak on nie przyzna się do błędu, wiedziała o tym. A jednak się pomyliła, nie pierwszy już raz, ale jeszcze nie potrafiła czuć z tego powodu wyrzutów sumienia. Chciała tylko powiedzieć mu, że ona też kłamała, że oceniła go zbyt pochopnie i teraz żałuje... A potem pomyślała, że wypadałoby także wyjaśnić wszystko inne, pomyślała, że jest dużo więcej spraw, o których chciałaby z nim porozmawiać, wątpliwości, które musiała i chciała rozwiać. I już miała obrócić się w jego stronę, by spojrzeć mu z oczy, a potem szepnąć, że on też jest według niej wyjątkowym mężczyzną, gdy padły jego kolejne słowa.
    Na moment ogarnęła Iyę złość. Nie rozumiała dlaczego, ale pozwoliła jej płonąć, gdy słowa Dymitra przepłynęły tuż obok jej ucha. Ton jego głosu wydawał jej się dziwny, bo jednocześnie słyszała w nim jakiś niezrozumiały znów dla niej upór i wcześniejszą łagodność, do której chyba zdążyła już nieco przywyknąć. Ze zmarszczonymi brwiami odczekała chwilę, aż minęła fala gorąca i wstydu, która nadeszła tuż po tym, jak wyparowała złość. Wszystko to trwało kilka zaledwie sekund, ale gdy odsuwała się od szatyna, by móc na niego zerknąć, obracając się na plecy i wysuwając spod ciężaru ramienia, twarz miała już spokojną, a oczy dość chłodne.
    - Wiem, że rano znikniesz, nie jestem aż tak naiwna. - Choć chciała to powiedzieć nieco ostrzej, nie wyszło jej; jego wcześniejsze słowa o tym, że jest wyjątkowa, stłumiły wszystkie jej emocje. - Ale nie bój się o mnie, poradzę sobie. Zawsze sobie radziłam. - rzuciła już nieco pewniej, powstrzymując się od dodania, że teraz także poradziłaby sobie bez niego, że wcale nie prosiła, by zostawał. Więcej nawet: wcześniej sama upomniała go, że przecież potem, gdy on już odejdzie, będzie musiała dać sobie radę na własną rękę, właściwie niemal go wygoniła. To była jego decyzja, by zostać, więc nie rozumiała, dlaczego teraz poczuł się w obowiązku ją pouczać o tym, jak powinna żyć. Nie miał do tego prawa.
    Prawda...?

    OdpowiedzUsuń
  82. Iya była już po prostu bardzo zmęczona i tym z łatwością mogła wytłumaczyć i usprawiedliwić swoje zachowanie. Dużo się dziś wydarzyło i to odbijało się teraz na niej - bolała ją głowa, bolało obite ciało, bolało też serce, kołatające niespokojnie w klatce żeber z jakiegoś niejasnego powodu. A właściwie powód był dla niej całkiem jasny, tylko ona nie chciała dopuścić go do świadomości, nie chciała o nim myśleć, nie chciała przyjąć go za prawdę. Bo gdyby to zrobiła, coś z całą pewnością uległoby zmianie, a dziś nie miała już na nic podobnego siły. Pragnęła wtulić nos w koszulkę Dymitra i zasnąć, uspokojona jego zapachem i ciepłem, ukołysana do snu przez jego miarowy oddech i delikatny dotyk na plecach, ramionach i włosach. Ale przez cały ten czas leżała zwrócona do niego tyłem, bardzo pilnując się, by nie ulec pokusie: tak było bezpieczniej. Mogła spokojnie udawać, że nie liczy się dla niej już nic poza nadchodzącą nocą, że wcale nie wybiega myślami w przód, prowadząc swoje drobiazgowe przemyślenia.
    Miał rację. Wiedziała, a przynajmniej naprawdę chciała wiedzieć, że nie chciał urazić jej swoimi słowami, a wręcz przeciwnie - próbował jej pomóc. Troszczył się o nią, ale jej wciąż trudno było w to uwierzyć, więc ulegała swoim wątpliwościom, a to z kolei rozjuszało Dymitra. Nic jednak nie mogła na to poradzić, zbyt wyczerpana, by dać sobie radę z opanowaniem swoich odruchów ani nawet, by pomyśleć dokładniej nad tym, co mówi. Ale zrozumiała szybko, że teraz go dotknęła, znów podając w wątpliwość to, co mówi. I chciała też, choć było to z jej strony nieco dziwne, by było mu przykro, że zignorowała jego wcześniejsze słowa, gdy mówił, że jest wyjątkowa i właśnie dlatego ryzykował dla niej swoje życie. Chciała tego, bo modliła się o możliwość, by odpowiedzieć mu w podobnym tonie, bo z całego serca pragnęła wtulić się w niego i powiedzieć, że przy nim jest taka szczęśliwa! Może teraz nie było tego po niej widać, ale przede wszystkim Dymitr zapewniał jej bezpieczeństwo, a więc zaspokajał jej najważniejszą potrzebę, bez której nie potrafiłaby funkcjonować. Może tylko chwilami, może tylko, gdy był obok, ale co z tego? I tak znaczyło to dla niej bardzo dużo.
    Po chwili wahania podniosła się do siadu, gdy tylko to samo uczynił Dymitr, ale ręce miała słabe, co odkryła, kiedy próbowała zaprzeć się nimi o poduszkę i usiąść tak jak on, po turecku. Zamiast tego niezbyt zgrabnie przetoczyła się na bok, ochraniając zranioną nogę, a potem podwinęła ją pod siebie, zwijając się w ciasny kłębek. Miała ochotę zagryźć wargę, ale syknęła cicho, gdy dotknęła zębami skorupy zaschniętej krwi, która ciążyła jej teraz przy każdym wymawianym słowie. Zamiast tego westchnęła, a potem wreszcie odezwała się, zwalczając w sobie impuls, by stworzyć jakiś kontakt z Dymitrem, dotknąć go, choćby przelotnie.
    - To nie wydaje mi się niemożliwe. To jest niemożliwe, Dymitr. Nie ma nic, co mogłabym teraz zrobić. Ale nieważne, jak mówiłam: dam sobie radę, a to nie jest przecież twoja sprawa, prawda? - wyrzuciła z siebie, teraz znów mówią dość łagodnie i cicho, przy ostatnich słowach uśmiechając się nikle, by wiedział, że to już nie jest przytyk z jej strony, a raczej pozwolenie. Dawała mu możliwość odejścia z twarzą, przynajmniej tym razem, bo przecież właśnie oznajmiła i pokazała mu, że nie będzie miała nic przeciwko, jeśli odpuści sobie pomoc jej, jeśli ją zostawi. No, może nie do końca tak było, ale nie chciała, by czuł się osaczony albo, tym bardziej, wykorzystany. Nigdy w życiu.

    OdpowiedzUsuń
  83. Rzeczywiście, Iya miała doskonałą pamięć, ale zwykle był to dla niej powód do dumy, nie do wstydu. To, że nie potrafiła teraz zapomnieć o potknięciach Dymitra - tak, wykonała ten drobny gest w jego stronę i nakazała sobie myśleć o wszystkim, co złego zrobił, jako o drobnych błędach, które należy mu wybaczyć - nie było jej winą. Więcej nawet: do niego należało wyjaśnienie jej, że nie zrobił tego, by ją zranić, ale by chronić siebie, może z czystego egoizmu, może z jakichś innych pobudek, które ona, wbrew pozorom, była w stanie zrozumieć. Skoro jednak nie uznał za stosowne wspomnieć, dlaczego zniknął bez pożegnania po wspólnej nocy i dlaczego tak bardzo pragnął ją zranić i dotknąć, gdy już dostatecznie była tym zraniona, ona nie mogła o nic podobnego go prosić. A on, tym bardziej, nie miał prawa żądać od niej, by zapomniała, co takiego jej zrobił. Poza tym - zbyt wiele łez przez niego wypłakała, by teraz tak łatwo puścić je w niepamięć. To musiało trochę potrwać. A do tego czasu miała być ostrożna, w sposób, jaki potrafiła.
    Jeśli sądził, że Iya nie docenia tego wszystkiego, co dla niej zrobił, był w ogromnym błędzie. Bo ona czuła w sobie niemal przez cały czas to ciepłe drapanie: wdzięczność, że najpierw uratował ją w szpitalnym namiocie, gdy zemdlała, że przyniósł jej swoją kolację, że następnego ranka stanął w jej obronie, a potem nie opuścił jej, gdy potrzebowała pomocy. I że spędził z nią tamtą noc, tak pełną wrażeń i ekscytującą. I że dziś jej nie zostawił, choć mógł, choć tego po nim oczekiwała. Za to najbardziej była mu wdzięczna, bo wbrew wszystkiemu, co mówiła, potrzebowała go obok, by odzyskać równowagę, by uspokoić się i uleczyć rany, które Simon wyrył w jej duszy.
    Ale chyba nie chciała, by ją pouczał, a tak właśnie znów poczuła się w kolejnej chwili, gdy po raz kolejny odpowiedział jej tak, że czuła się, jakby traciła prawo głosu. Teraz jednak wyczuła pod jego słowami troskę, a to pozwoliło jej zachować komentarze dla siebie. Jedynie pokornie spuściła głowę, jakby zgadzała się ze wszystkimi jego słowami, choć był to raczej gest wskazujący na skruchę: przykro mi, ale to tak nie wygląda. Nie miała już sił na rozmowę, ale chyba nie było innego wyjścia, jeśli chciała, by nie oceniał jej zbyt pochopnie, by nie osądził jej po tym zaledwie skrawku Iyi, którą znał.
    - Dziękuję, Dymitr, ale... to naprawdę nie jest możliwe. - odparła cicho, niemal niepewnie, bojąc się, że znów zarzuci ją tymi dawnymi słowami, słowami z powierzchni: "wszystko jest możliwe". Jedyną osobą, którą słyszała tutaj, mówiącą w ten sposób, był jej ojciec. A teraz ona. Pokręciła lekko głową, wreszcie podnosząc na niego wzrok, mówiący, że chce mu to wyjaśnić, o wszystkim opowiedzieć. Była potwornie zmęczona, ale tej jednej sprawy nie chciała tak zostawiać. Od tego mogli zacząć: od szczerości w tym, co mówią, a wyjaśnianie starych spraw wolno im było odłożyć na potem.
    - Zrozum, że ja nie mogę wyjechać. Tutaj spędziłam całe swoje życie, nigdy nie byłam dalej niż na Dobrymińskiej. Tutaj mam pracę, to. - rzuciła pospiesznie, zaczerwieniona ze wstydu, przesuwając wymownie spojrzeniem po swoim maleńkim pokoiku. Nie miała siły mówić dalej. Znów na moment zabrakło jej powietrza, gdy myślała o tym, jak marne są jej argumenty. Było jej wręcz wstyd, że wymawia się przed nim takimi drobiazgami, skoro, jak dał jej do zrozumienia, chodzi przecież o jej życie. Tyle tylko, że ona znała swoje priorytety: wolała nosić zawsze długie rękawy i udawać przed ludźmi, że wszystko jest w porządku, niż umierać z głodu i zimna w jakimś ciemnym zakątku obcej, nieprzyjaznej stacji.

    OdpowiedzUsuń
  84. Od samego początku ich znajomości wiedziała, że Dymitr dusi się w metrze. Czuła to, bo ilekroć patrzyła na niego, sama miała wrażenie, jakby także pragnęła wolności - tej wolności, o której myślał on, która spędzała mu z powiek sen, a której ona nie miała szansy poznać. Sama nie wiedziała, jak to ocenić, więc ocenę zostawiła na później, w tym czasie skupiając się jedynie na poznaniu go w takim stopniu, w jakim jej na to pozwolił. I z każdą chwilą przekonywała się, że miała rację, bo on rzeczywiście miał w sobie to pragnienie, które tak szybko zdiagnozowała, choć pewnie nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Dlatego miała wrażenie, że różni się od mężczyzn, których poznawała do tej pory. Dlatego wiedziała, że jest zupełnie inny niż wszyscy stalkerzy, z którymi miała kontakt. I dlatego tak bardzo ją do niego ciągnęło: nęciła ją obietnica wolności w jego oczach tak intensywnie zielonych, jak nic innego w świecie, który znała.
    Wciąż jednak nie rozumiała, dlaczego tak bardzo mu na niej zależy, dlaczego robi to wszystko, dlaczego się nią opiekuje. Jasne, pamiętała o jego słowach, o wytłumaczeniu, że kłamał, gdy mówił, że Iya jest nikim, ale to jakoś do niej nie przemawiało. Może miały na to wpływ wydarzenia tego długiego i pełnego emocji dnia, ale nie potrafiła zaufać mu tak, jak zrobiłaby to dawniej. A może po prostu dorosła i także inne doświadczenia pozwoliły jej w pewien sposób stwardnieć, nabrać siły. Choć pewnie tylko to sobie wmawiała, by poczuć się lepiej, gdy dręczyły ją wyrzuty sumienia - naprawdę nie chciała być już tak podejrzliwa względem Dymitra. To po prostu nie było normalne, by aż tak zależało mu na tym, żeby zrobiła coś z sytuacją z Simonem. Chyba, że rzeczywiście zaczynało mu na niej zależeć, że się przywiązał, choć przecież bronił się przed tym rękami i nogami.
    Wiedziała, że nie zdoła wytłumaczyć mu, dlaczego nie może wyjechać, inaczej, niż mówiąc mu wreszcie całą prawdę. To jednak było dla niej kłopotliwe. Trudno było przyznać się dziewczynie takiej, jak Iya, do... czegoś takiego. Ale westchnęła cicho, znów kręcąc nieznacznie głową, jakby odganiała się od myśli o odpuszczeniu sobie wyjaśnień. Nie. Musiał wiedzieć. Może zrozumie. A jeśli nie, to trudno.
    - Chodzi o pieniądze, ok? - rzuciła niemal w tej samej chwili, w której Dymitra zadał swoje pytania. Zreflektowała więc się szybko, a choć przez moment poczuła wzburzenie, spowodowane swoimi własnymi słowami, niemal natychmiast się uspokoiła. - Tak, mam. I właśnie o tę osobę chodzi, rozumiesz? Muszę ją chronić i muszę o nią dbać. A Simon płaci mi dużo więcej, niż mogłabym dostać gdziekolwiek indziej. Teraz już wiesz, dlaczego nie mogę rzucić tej pracy? - zapytała, a choć początkowo mówiła szybko, pełna nieokreślonych, ale gorących uczuć, ostatnie pytanie niemal wyszeptała, a w jej głosie pobrzmiewała rezygnacja i coś jeszcze: obrzydzenie do samej siebie. Bo czuła, a uświadomiła to sobie dopiero teraz, że zwyczajnie się sprzedaje.

    OdpowiedzUsuń
  85. Nie potrafiła powstrzymać nagle napływających jej do głowy lęków, które sprawiły, że ledwo powstrzymywała szloch. Wiedziała jednak, że wypłakała dziś już zbyt wiele łez, by znieść ich choć odrobinę więcej, ale też nie chciała obarczać nimi Dymitra, który od dłuższego czasu nie widział jej innej, jak tylko z mokrymi policzkami i zaczerwienionymi od ciągłego płaczu oczyma. A chciała, naprawdę chciała, by nie żałował, że z nią został, że jej pomaga. Pragnęła udowodnić mu, że jest silna i poradzi sobie ze wszystkim, jak mówiła już wcześniej. Pragnęła pokazać mu tę siebie, którą była na co dzień - pogodną Iyę, której uśmiech nie schodzi z twarzy, nawet gdy żołądek ściska jej się z bólu, a ciało zdobią siniaki. Iyę-optymistkę, której nic nie może złamać. Czuła, że nawet, gdyby się teraz postarała, on nie mógłby jej uwierzyć, ale i tak chciała walczyć ze łzami i ze wszystkimi swoimi słabościami, byle tylko nie myślał o niej jako i dziewczynce, która nie radzi sobie w życiu. Nie chciała nią być w jego oczach, ale nie potrafiła jeszcze odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego.
    I gdy wreszcie Dymitr się odezwał, z niej również uszło napięcie, z którego wcześniej nawet nie zdawała sobie sprawy. Targające nią emocje ogłuszały ją, ale gdy mężczyzna odezwał się, a jego głos znów zabrzmiał nieco łagodniej, poczuła, że to wszystko nie ma znaczenia. Była już zmęczona i nie chciała więcej myśleć o tym, jak do tej pory wyglądało jej życie i co będzie z nią jutro, pojutrze, za tydzień. Wiedziała jedno: wszystko przetrwa, nic jej nie złamie - przynajmniej dopóki jest mama, dopóki ma dla kogo żyć. Więc gdy Dymitr objął dłońmi jej twarz, a potem poczuła na policzku delikatne muśnięcia jego palców, pozwoliła sobie rozluźnić się zupełnie. To już nie miało znaczenia, wiedziała o tym, ale pragnęła cieszyć się jego bliskością, jego ciepłem, póki tylko mogła. Bez bicia się z myślami, bez odtwarzania wciąż na nowo wydarzeń całego dnia, które z wolna zaczynały wydawać jej się bardzo odległe. Ich kłótnia była chyba całe wieki temu! Ale gdy usłyszała kolejne słowa Dymitra, znów spięła się nieznacznie, bo zabrzmiały one jak obietnica, kolejna już, a choć przy wszystkich poprzednich starała się zachować zdrowy rozsądek i rozumieć wszelkie warunki, tak teraz nie wiedziała już, o co chodzi. Chyba nawet nie chciała wiedzieć, ale jednak postanowiła zapytać.
    - Dlaczego to robisz, Dymitr? Przecież to ciebie nie dotyczy. Nie musisz. Nie masz wobec mnie żadnych zobowiązań. - rzuciła, cicho i miękko, ale też z pewnym błaganiem; bała się, że nie uzyska szczerej odpowiedzi, choć tak bardzo jej na tym zależało. - Nie rozumiem. - dodała jeszcze ciszej, kręcąc nieznacznie głową i spuszczając wzrok, tym samym uwalniając się spod dotyku jego dłoni, choć wcale tego nie chciała. Gdy czuła jego ciepło, znikał ból.

    OdpowiedzUsuń
  86. Iya także w najmniejszym stopniu nie potrafiła nazwać swoich uczuć, ale chyba, tak samo jak on, wcale tego nie chciała. Nie starała się więc dociec, co takiego kazało jej zaufać Dymitrowi, choć przecież nie miała w zwyczaju wierzyć zupełnie obcym ludziom na słowo. On był inny i czuła to, ale potrzebowała także wyjaśnień, musiała poznać jego pobudki, by mieć czyste sumienie. Chciała jednak, by był szczery, niezależnie od tego, co miał powiedzieć, jak wiele dać jej głupiej nadziei lub jak bardzo zranić. To nie było ważne. Potrzebowała po prostu wiedzy o tym, na czym stoi, bo bez tego nic nie miało wrócić do równowagi, którą obaj, on i Simon, z taką łatwością zachwiali. Za sprawą Dymitra już było z nią lepiej, ale to było za mało, musiała odzyskać swój spokój, optymizm i pogodę ducha, by być tą Iyą, co zawsze.
    Ale w następnej chwili mężczyzna odezwał się, a jego cichy głos sprawił, że znów była gotowa zaufać mu, pozwolić mu działać, niezależnie od tego, co miał powiedzieć. Słyszała, jak zacinał się i jak ważył w ustach słowa, a to wystarczyło jej, by rozpoznać, że nie ma zamiaru skłamać, a po prostu musi się zastanowić. I to także rozumiała, bo zadała mu przecież całkiem trudne pytanie. Poderwała głowę dopiero, gdy usłyszała, jak zwraca się bezpośrednio o niej, jak mówi o ich pierwszym spotkaniu, a wtedy wszystko w niej zmiękło. Wzruszenie ścisnęło jej gardło, ale nie pozwoliła, by łzy popłynęły z jej oczu, nawet, gdyby miały być to tym razem łzy szczęścia. Musiała powiedzieć mu o swoich uczuciach jakoś inaczej. Póki co jednak wysłuchała go do końca, nie dziwiąc się wcale, że na nią nie patrzy, ale samej obserwując uważnie jego twarz, każdy ruch, śledząc nawet miarowy rytm unoszenia się i opadania jego klatki piersiowej. Rozczulona, nie potrafiła nawet dłużej zainteresować się tą bliską osobą, o której wspomniał, bo skupiła się na tym komplemencie, o którym powiedział chwilę później. Nie wiedziała, o co chodzi, ale zrobiło jej się ciepło na sercu.
    Gdy wreszcie spojrzał na nią, nie mogła pozbyć się wrażenia, że w jego oczach czai się coś niepokojącego, coś, czego nie powinno tam być, skoro zdobył się na takie wyznania. Ale nie przejęła się tym specjalnie - w tej chwili miała ważniejsze sprawy na głowie, jak choćby to, by teraz odwdzięczyć mu się czymś podobnym. Chciała, by wiedział, że jest dla niej ważny, że mu ufa, że nikt nigdy nie zrobił dla niej czegoś takiego... Nie potrafiła jednak odezwać się, więc w pierwszej chwili tylko poruszała ustami jak ryba, nie mogąc zdobyć się na słowa, aż wreszcie westchnęła cicho i po prostu przysunęła się do niego nieco bliżej, unosząc dłoń do jego twarzy. Przebiegła palcami po jego policzku, zarysowała ostrą krawędź szczęki, wodząc wzrokiem za ruchem swojej dłoni. Dopiero, gdy zatrzymała się gdzieś na jego szyi, wróciła spojrzeniem do jego oczu, jednocześnie uśmiechając się nikle.
    - Nie chcę, żebyś robił cokolwiek wbrew sobie, ale jeśli... jeśli ty nie masz nic przeciwko... - mówiła, oczywiście zacinając się, bo teraz słowa wymagały od niej nawet więcej wysiłku niż wcześniej, gdy musiała opowiadać o sprawach, które ją bolały. Wreszcie uznała, że to po prostu nie ma sensu, bo nie zdoła powiedzieć mu o tym, więc podjęła szybką decyzję i w następnej chwili wdrapała się na jego kolana, zaplotła mu ręce na karku, a potem pocałowała go, delikatnie i czule, w sposób, który, jak miała nadzieję, przekaże mu, jak wiele dla niej znaczy. Odsunęła się szybko, dotykając palcami zranionej wargi, która opuchła i nieco posiniała, ale jednocześnie uśmiechając się lekko, dość niepewnie. Nie wiedziała, czy zaraz nie odepchnie jej, mówiąc, że wcale nie to miał na myśli, że jest głupia i naiwna, ale... no cóż, tak naprawdę miała to gdzieś, bo nareszcie była z samą sobą choć odrobinę szczera.

    OdpowiedzUsuń
  87. Nie była ze sobą szczera. Okłamywała samą siebie nawet, gdy twierdziła, że tak właśnie jest, że gra w otwarte karty. Było wprost przeciwnie, bo wszystko, co myślała i wszystko, co robiła, było obłudą, mydleniem oczu, żeby tylko biedna Iyeczka nie musiała wyściubiać nosa ze swojego idealnego, banalnie prostego świata i myśleć o czymkolwiek, co znajduje się poza nim. Stanowiło to jej mechanizm obronny i nie miała powodów, by się go wstydzić, o ile nie sięgał on tak daleko, jak teraz, gdy ignorowała wszystkie sygnały, że coś się sypie. Instynkt samozachowawczy spał w niej jak suseł, a ona jeszcze nie wiedziała, że powinna była obudzić go już dawno, bardzo dawno temu.
    Kiedy mężczyzna odwzajemnił delikatną pieszczotę Iyi, serce zatrzepotało w jej piersi radośnie, już wyrywając się ku przyszłości, ku wszystkim nadchodzącym porankom, które nie miały być już tak ciemne i mroczne, jak widziała je dotąd. Niemal zadrżała, dopowiadając sobie do zwykłych odruchów jego ciała całą resztę: przywiązanie, pragnienie, może jakieś głębsze uczucie, o którym przecież mówił, nie wprost, ale przecież...! A gdy cofnęła się, przytrzymując obolałą wargę, on nie odsunął się wcale, wręcz przeciwnie, pilnował, by nie stracili ze sobą kontaktu, dopieszczał ją w sposób, którego pragnęła, delikatnie i czule, pamiętając o ranach, które zadał jej Simon. Cała wręcz promieniała, bo dla niej znaczyło to więcej niż słowa, niż obietnice - był przy niej, dotykał jej, więc wiedziała, że rzeczywiście chce to robić, że chce przy niej być!
    A w następnej chwili wszystko to runęła. Głupia halucynacja, którą Dymitr pomagał jej tworzyć, zniknęła wraz z dźwiękiem jej imienia w jego wargach - te dwie litery zabrzmiały tak wymownie, że nie miała większych wątpliwości co do tego, co zaraz usłyszy. Nie pomyliła się. Odtrącał ją, znowu, choć w inny sposób, być może bardziej dotkliwy, bo gdy przed kilkoma dniami opuszczał jej łóżko i po prostu znikał, ona mogła dać upust swoim emocjom, uwolnić ból, który czuła w sercu, zupełnie tak, jakby go straciła, a więc jakby miała go wcześniej, choć to była taka sama obłuda jak wszystko inne. Teraz mówił jej o tym prosto w twarz, patrząc jej w oczy, mając czelność wciąż jej dotykać, jakby sądził, że jego dłonie rozproszą mrok, w który znów się zapadała. A może po prostu bał się jej gniewu.
    - Więc nie rób tego, Dymitr. Nie odpychaj mnie znowu... - szepnęła, sama zawstydzona błaganiem brzmiącym w jej głosie. Nie chciała go o nic prosić, nie chciała żebrać o uwagę, o troskę, o uczucia, ale nie potrafiła uwierzyć, że chce teraz ją tak zostawić, z rozpalonym sercem, łamiąc je bez żadnych wyrzutów sumienia. Nie mogła pozwolić, by tak ją zostawił, więc dłonią znów zarysowała jego szczękę, przez moment nie będąc w stanie patrzeć mu w oczy, upokorzona i zwyczajnie smutna. Myślała o tym, co mówił wcześniej, zastanawiając się, czy to ona źle odczytała sygnały, czy może on zbyt pochopnie dobierał słowa. A potem ją olśniło. Cofnęła się, patrząc na niego jednocześnie z niedowierzaniem i zrozumieniem, jakby dopiero teraz wszystko się dla niej rozjaśniło, ale nie potrafiła uwierzyć w swoją naiwność. Zsunęła się z jego kolan, niezgrabna, bo wciąż bardzo obolała, by zaraz cofnąć się aż pod ścianę wagonu, do której z całych sił przycisnęła plecy, wbijając dłonie w materac.
    - Idiotka. - wymamrotała pod nosem, kręcąc z niedowierzaniem głową. - "Wiele innych rzeczy", tak? Czyli jednak chodzi ci tylko o jedno, a to, że musisz się trochę postarać, żebym znowu poszła z tobą do łóżka, to tylko taki dodatek, tak? Bo musisz się postarać, bo podoba ci się pogrywanie ze mną. - wyrzuciła ze złością, która z każdym kolejnym słowem słabła, zamieniając się w rozgoryczenie, z którym z kolei nie potrafiła walczyć - tak samo, jak z łzami cisnącymi się jej znów do oczu.

    OdpowiedzUsuń
  88. Nie rozumiała już niczego, mętlik w jej głowie narastał i stawał się niemal nie do zniesienia, jakby wszystko, co się dziś wydarzyło, kumulowało się i przygniatało ją do ziemi. Każde wypowiedziane i usłyszane słowo, każdy dotyk, czy to ten, który niósł ból, czy ten, który miał przynieść ulgę, czy też odwzajemniona pieszczota, każde spojrzenie i każda łza - to wszystko tkwiło w niej teraz jak drzazga, której nie sposób się pozbyć. Czuła się wręcz, jakby nie istniało ani wczoraj, ani tym bardziej jutro, bo czas się zatrzymał, noc nie nadejdzie, lampy nigdy nie zgasną, a oni zostaną w tym wagonie, skazani na siebie, choć żadne z nich nie potrafiło się z tego teraz cieszyć. Gdy więc okazało się, że drzwi, jak przewidział wcześniej Dymitr, nie mają zamiaru się otworzyć, Iya nie odczuła ulgi, jak myślała o tym poprzednio, gdy bała się chwili, z której ją opuści. Teraz nie chciała już go widzieć, nie chciała na niego patrzeć, bo sprawiał, że bałagan w jej głowie narastał. Nie czuła się już sobą, była wręcz wrakiem człowieka. Miała wrażenie, że nigdy nie zdoła podnieść się z tego łóżka, że nigdy nie wyjdzie na zewnątrz, ale umrze tutaj, zraniona i samotna. Ale nie dlatego płakała, nie, to chyba jej nie przerażało aż tak, jak myśl o tym, że stojący przed nią mężczyzna, na którym tak bardzo jej zależało, którego ramiona z taką łatwością koiły wszystkie lęki, odganiały ból i przynosiły rozkosz, teraz znów jest jej wrogiem. Nie potrafiła zrozumieć, jakim cudem dotarli do tego punktu, w którym już dzisiaj byli, gdy tylko przerzucali się swoimi racjami... Ale nie, teraz było inaczej, bo przecież Dymitr przyznał się, że chodziło mu tylko o seks, a na dodatek drwił z niej, patrząc jej prosto w oczy. A nie dalej jak godzinę temu mówił o tym, że jest wyjątkowa... Więc dla niego to też nic nie znaczyło.
    Zadrżała mimowolnie, gdy Dymitr ze złością kopnął drzwi, które nawet wtedy nie ustąpiły, a potem znów drgnęła, kiedy w wagonie rozległ się jego nieprzyjemny, ostry głos, tak różny od tego, którym zwracał się do niej wcześniej. Nie, nie mogła uwierzyć, że to ten sam mężczyzna, który jeszcze przed chwilą gładził ją po plecach, opuszkami palców ścierał z policzków łzy i szeptał, że jest bezpieczna, że on ją ochroni. Z zaskoczenia przestała płakać, wpatrując się w jego profil, jakby cokolwiek mogła z niego wyczytać, choć przecież teraz kipiał on jedynie złością, niczym więcej. Nie, to nie był ten mężczyzna, w którego tak ufnie się wtulała, bo obiecywał jej spokojną, bezpieczną noc w jego ramionach. Tamten uważał na każde słowo i każdy gest, pilnował, by nie miała powodów do zmartwień, głaskał ją i szeptał wszystkie te zdania, które chciała usłyszeć. Dla tamtego mogłaby zrobić wszystko, mogłaby pójść z nim choćby i na koniec świata. Tamtego mogłaby pokochać. Ale ten Dymitr, który stał teraz kilka metrów od niej, mając ciało napięte buzującymi w nim emocjami... nie, jego z całą pewnością nie znała i nie chciała znać. To jednak dało jej do myślenia. Patrzyła na niego i ważyła w myślach słowa, które już padły, próbując odepchnąć od siebie zmęczenie i własne emocje, które wszystko jej przysłaniały, zniekształcały obraz rzeczywistości, a tego przecież nie chciała. Przez głowę przebiegła jej myśl, jak rozwiązać ten problem.

    OdpowiedzUsuń
  89. Wstała, nieporadna i niezgrabna, podpierając się o ścianę; kulała teraz bardziej, niż wcześniej, a noga opuchła jej i pulsowała ciepłem. Odetchnęła głęboko, nie tylko dlatego, że podniesienie się z materaca wymagało od niej dużo wysiłku, ale także po to, by dać Dymitrowi znak, że stoi już niemal obok niego. Podeszła jednak jeszcze dwa kroki, a potem zatrzymała się za jego plecami, nie chcąc widzieć jego twarzy.
    - Nie rozumiem, Dymitr. Może jestem głupia, ale w takim razie wykaż się jeszcze odrobiną cierpliwości i mi wytłumacz, bo to ważne. - powiedziała, cicho i łagodnie, ale jednocześnie z pewną stanowczością, jednocześnie ocierając mokre policzki. - Dlaczego mam wrażenie, że sam ze sobą nie jesteś szczery, co? Zachowujesz się tak, jakbyś nie wiedział... jakbyś nie wiedział, jaki jesteś, jakbyś musiał się zastanowić, co zrobić. Jakby było ciebie dwóch. Raz czuły i troskliwy, a zaraz potem... taki. - niemal szepnęła, dziwnie roztrzęsiona, niepewna, co zaraz się stanie. Teraz to ją zabijała niewiedza. - Proszę, Dymitr... - wymruczała zupełnie cicho, miękko, jednocześnie opierając dłoń na jego ramieniu. Nie wiedziała, o co tak naprawdę go prosi.

    [fee...]

    OdpowiedzUsuń
  90. Nie, tym razem nie bała się Dymitra, choć sytuacja była niemal identyczna, jak przy wszystkich poprzednich chwilach, gdy miała ochotę zniknąć, przerażona, że ją uderzy albo zrani w jakiś inny sposób. Znów targała nim złość, ta złość, której Iya tak bardzo się wcześniej bała, bo granicząca z wściekłością i agresją. Cała jego postawa na to wskazywała, ale cieszyła się, że nie widzi jego oczu - była pewna, że to po nich byłoby widać najbardziej, jakie targają Dymitrem emocje. A jednak towarzyszył jej strach nie o swoje bezpieczeństwo, ale o... o niego. Bała się, że wybiegnie teraz na przygotowującą się do snu stację, szukając zaczepki, by jakoś wyładować swoją złość. Bała się, że skieruje swoje kroki wprost do szpitalnego namiotu, by obić twarz Simonowi. I, oczywiście, bała się, że już do niej nie wróci. Te lęki zmuszona była jednak odsunąć na bok, by nie przesłaniały jej obrazu, bo... teraz miała inny cel. Chciała mu pomóc. Kryło się pod tym drugie, bardziej egoistyczne pragnienie, ale to było dominujące. Chciała go przeprosić i za wszelką cenę chciała mu pomóc uporać się z tym, co go dręczy.
    W milczeniu wysłuchała go do końca, choć nie było to dla niej łatwe - gdy odepchnął jej dłoń, a potem znów wycelował w nią kolejne zarzuty, jak wcześniej, przed namiotem punktu medycznego, poczuła, że to nie ma sensu, bo jego cierpliwość się wyczerpała. Ale po chwili znów zapłonęło w niej jasne światełko i już wiedziała, że nie wolno jej odpuścić, a przekonał ją o tym najpierw ton głosu Dymitra, później także spojrzenie, które jedynie na krótką chwilę utkwił w jej twarzy. To jej wystarczyło. Zrozumiała, że miała rację, że coś się w nim wyczerpało, ale nie chodziło o cierpliwość, a raczej o siły - był zwyczajnie zmęczony, a ona doskonale go rozumiała. Też miała dość. Marzyła o skuleniu się u jego boku i oddaniu w objęcia Morfeusza, i wierzyła, że on też tego pragnie, zarówno dla niej, jak i dla siebie.
    Niepewnie przestąpiła z nogi na nogę, zapominając zupełnie o swojej poranionej nodze, przez co ledwo zachowała równowagę. Nie broniła się jednak specjalnie przed upadkiem, a jedynie przytrzymała ściany, by nie przewrócić się wprost na Dymitra, choć przez myśl przemknęło jej, że może to też nie byłoby takie złe, jeśli mieliby się dzięki temu pogodzić. Zamiast tego opadła na podłogę obok niego, zachowując jednak bezpieczną odległość, w razie gdyby znów chciał jakoś ją odtrącić, tym razem bardziej fizycznie, niż wcześniej, gdy zrobił to raniącymi ją słowami. Zagryzła wargę, oczywiście znów zapominając, że właśnie w nią trafiła pięść Simona - jej obrażenia nie były ważne teraz, gdy musiała porozmawiać z Dymitrem. Tym bardziej, że to nie miało być łatwe, skoro nie wiedziała nawet, co dokładnie chce powiedzieć.
    - Przepraszam. Naprawdę mi przykro, że tak to odebrałeś, ja po prostu... - zaczęła cicho, patrząc na niego z ukosa, czekając na jakąkolwiek reakcję; westchnęła. - Są też dwie Iye, a ja dziś kompletnie nie umiem sobie z nimi poradzić, bo nie wiem, która jest prawdziwa. Wiem jednak, który Dymitr nigdy mnie nie skrzywdzi, który jest dla mnie dobry i ciepły, który potrafi i chce się mną zaopiekować. I wiem, że nie jest on żadną grą czy kłamstwem, ale jest prawdziwy. - urwała na moment, czując gardle nieprzyjemne drapanie, które z całych sił starała się stłumić. - A to, że istnieje też ten drugi... Jakoś to przeżyję. Więc nie decyduj za mnie, OK? Powiedziałeś mi, na co się piszę. Jesteś wobec mnie szczery. A ja nie zmieniłam zdania, ciągle chcę... Chcę, żebyś tu był, cokolwiek to będzie dla nas oznaczać. Może się zakocham, może nie. Może odwzajemnisz moje uczucia, może nie będziesz potrafił. Ale ja mogę cię wszystkiego nauczyć, jeśli tylko będziesz chciał. Nie mamy nic do stracenia, dopóki jesteśmy ze sobą szczerzy. Możemy tylko zyskać. A chyba o to chodzi teraz w życiu, prawda? Żeby wygrywać. - mówiła dalej, a z każdym słowem w jej głosie było coraz więcej pewności, ale też łagodnej perswazji; zależało jej i było to widać już na pierwszy rzut oka.

    OdpowiedzUsuń
  91. Nie potrafiła nadziwić się, jak duże zmiany zaszły w nich od chwili, gdy spotkali się kilka godzin temu - on nadzwyczaj radosny i pobudzony, ona jak gradowa chmura. Przeszli przez niemal wszystkie stany, poruszyli kilka istotnych tematów, to obejmowali się, to znów patrzyli na siebie z wrogością. Coś wewnątrz niej, jakiś cichy głosik, na którym nie skupiała się nigdy wcześniej, podpowiadało jej, że to dobry znak, że towarzyszą im przez cały czas silne emocje, że to właśnie wyznacznik tego, jak dobrze może im ze sobą być, o ile tylko zdołają się zgrać. Było to zaledwie niejasne przeczucie, ale sprawiało, że serce biło szybciej w piersi Iyi już na samą myśl o tym, jak cudownie byłoby, gdyby mogli dzielić się ze sobą przeżyciami, śmiać razem, dawać upust radości, złości czy rozgoryczeniu. Mogli się nawzajem wiele nauczyć i wiele sobie dać, choćby w tej sferze, wiedziała to, ale nie miała pojęcia, jak przekonać o tym Dymitra. Jeszcze nie.
    A potem padły jego słowa, które na moment osłabiły jej wiarę, że da radę przekonać go do swojego pomysłu. Tak, pomysłu, bo inaczej nie potrafiła nazwać tej szalonej wizji ich dwojga razem, jako pary. Na razie był to jedynie pomysł, ledwie mglisty zarys, bo nic nie było między nimi pewne, nic nie było stałe. A teraz jeszcze Dymitr dawał jej do zrozumienia, że nie ma ochoty zmieniać się, nie ma ochoty nawet próbować, więc Iya nie miała nic do gadania. Pokornie spuściła wzrok na swoje dłonie, splecione na kolanach, by poderwał głowę w chwili, gdy mężczyzna znów się odezwał. Zmarszczyła brwi, znów nie potrafiąc zrozumieć, co ma na myśli, ale zaraz wszystko jej wyjaśnił. Nie miała pojęcia, co odpowiedzieć, bo miał rację - nie znała go, nic o nim nie wiedziała, nie mogła mieć nawet bladego pojęcia o jego życiu, bo przeżyła z nim chwile znacznie odbiegające od tego, co dzieje się w jego świecie na co dzień. Wątpiła, by każdego dnia ratował z opresji jakąś sanitariuszkę... A potem powiedział coś, co sprawiło, że kompletnie zapomniała, jak się mówi, bo nareszcie przyznał na głos, że mu zależy. Powiedział "może", ale to było więcej, niż mogła pragnąć po tym, jak wcześniej mogła się jedynie domyślać, jakie uczucia żywi względem niej. Teraz była już odrobinę bliżej pewności, że rzeczywiście jest dla niego ważna. I że ma jakieś szanse...
    Obserwowała go, czując to palące uczucie, każące jej znaleźć sposób, by jakoś mu pomóc. Widziała, jak się męczy, jak nie potrafi sobie z czymś poradzić, ale nie miała pojęcia, jak mogłaby mu ulżyć. Tkwiła więc tylko obok niego zupełnie nieruchomo, nie chcąc go rozpraszać, nawet nie oddychała, bojąc się, że spłoszy jakąś myśl, za którą on tak uparcie gonił. A wtedy spojrzał na nią tymi swoimi cholernie zielonymi oczami, w których z taką łatwością tonęła, a które teraz wyglądały zupełnie inaczej. Bez trudu odczytała z nich ten smutek, który męczył Dymitra, i w tej samej chwili zapragnęła pocałować go, objąć dłońmi jego głowę i sprawić, by o wszystkim zapomniał. Ale nie mogła. Była jak posąg, nieruchoma i poważna, wsłuchana w jego słowa, które niosły jej jednocześnie ulgę i niepokój. A gdy zaraz potem, nagle znalazł się tuż przy niej i spostrzegła, jak ucieka spojrzeniem na jej wargi, jakieś drgnienie przebiegło przez jej policzek, nikły uśmiech, który nie miał prawa na dłużej tam zagościć.

    OdpowiedzUsuń
  92. - I tak wrócisz, Dymitr. - szepnęła gorąco, niemal natychmiast porywając w dłonie jego twarz, bo nie chciała, by teraz się odsuwał. Tak, miałby coś do stracenia, miałby na sumieniu jej ból i jej rozpacz, gdyby tylko tam, na górze, tak lekko poczynał sobie ze swoim życiem, jak teraz lekko o tym mówił. Nie chciała, by wychodził na powierzchnię z takim nastawieniem, niezależnie od tego, czy będzie z nią, czy nie. Musiał wrócić. Musiał wrócić, bo taki mężczyzna, jak on, nie zasługuje, by zginąć tak młodo. - Wrócisz, bo dla ciebie jeden raz na powierzchni to będzie mało, będziesz chciał tam wracać i czuć ten dreszczyk za każdym razem. Więc ja chyba i tak nie będę miała tu zbyt wiele wpływów... prawda? - wymamrotała, tym razem decydując, że także musi dostać jakieś zapewnienie, coś jeszcze poza tym "może mi zależy". Może nie wysłowiła się odpowiednio, ale trudno oczekiwać tego po niej w chwili, gdy ledwo była w stanie złapać oddech, gdy wszystkie mięśnie miała napięte aż do bólu...

    [wychodzę teraz na trochę, więc wybacz, że takie niedokończone ;p na nawias i wątek odpiszę później ^^]

    OdpowiedzUsuń
  93. Sama szybko zrozumiała, jak głupie i naiwne były jej słowa, bo dotarło do niej, że tak naprawdę nie istnieje na nie dobra odpowiedź. Trafiła niefortunnie i chciała nawet cofnąć to, co powiedziała, ale nie wyszło jej - wpatrzone w nią świdrująco oczy Dymitra skutecznie ją przed tym powstrzymały, sprawiając, że nie była w stanie drgnąć choćby o milimetr, a już tym bardziej odezwać się i przyznać, że powiedziała coś zbyt pochopnie. Nie było jej wolno, nie w chwili, gdy starała się przekonać go, że wie, co robi, że może ich poprowadzić, że wymyśli dla nich jakiś sposób, by być razem. Musiała przynajmniej udawać, że rzeczywiście ma jakieś pojęcie o tym, co właśnie się dzieje, nawet mimo tego, że w głowie miała kompletny mętlik i nie wiedziała już, czy sobie z tym wszystkim poradzi. Zaczynała się gubić, wszystko mieszało jej się i myliło. Stałą pozostawał dla niej teraz Dymitr, ciepło jego skóry pod palcami, jego jadowicie zielone oczy trzymały ją w miejscu.
    Do czasu, aż jego głos nie rozległ się znów w ciasnym wagonie, a dłonie nie odsunęły jej rąk od twarzy. Zmieszała się wtedy, mając wrażenie, że posunęła się o krok za daleko, a teraz nie mogła już zawrócić, cofnąć tego, co zrobiła. Jego słowa sprawiły, że tępy ból uderzył w jej serce, a nieokreślony lęk opętał jej głowę. Musiała wziąć dwa głębokie wdechy, by choć trochę się uspokoić, a i tak trudno było jej mówić. Czuła się bardziej odsłonięta niż wcześniej, może dlatego, że teraz oczy Dymitra śledziły każdy jej ruch, żaden grymas na twarzy nie miał umknąć ich uwadze. I jak, no niby jak miała mówić mu o swoich uczuciach, gdy nie miała pojęcia, czy zaraz jej nie wyśmieje i nie wykpi, nie odtrąci, mówiąc, że jest bardziej naiwna, niż mógłby sądzić. Wahała się się długo, wpatrzona w ich złączone dłonie, z drżącymi nieznacznie ramionami i bijącym mocno sercem.
    - Przy tobie czuję się bezpieczna i... szczęśliwa, choć pewnie wcale tego po mnie nie widać. Ale ja nie potrzebuję wiele, by czuć, że życie mnie rozpieszcza. Tyle tylko, że ty... Ty dajesz mi coś więcej. Sprawiasz, że wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Przy tobie mogę zapomnieć, że otaczają nas mury, bo tworzysz coś jak... swój własny świat, w którym nie ma żadnych ograniczeń, żadnych barier. Nie rozumiem, dlaczego ty się tak nie czujesz, ale mogę sprawić, że będziesz wiedział, o czym mówię. Wiem, że się tu dusisz, ale ja... mogę ci pomóc. Chcę ci pomóc.
    Gdy powiedziała już pierwsze słowo, cała reszta poszła jej nieco łatwiej. Płynęły niezbyt szybko i niezbyt gładko, bo zacinała się, to łapiąc oddech, to znów zerkając niepewnie na Dymitra, ale przynajmniej nie zamilkła zupełnie. Czuła w gardle dławiącą gulę, ale przełknęła ją, zmuszając się, by dokończyć to, co zaczęła. A przy ostatnich słowach wreszcie poderwała głowę i patrzyła wprost w jasne oczy mężczyzny, by wiedział, że mówi szczerze, że tego właśnie pragnie. Była pewna. A jeśli on się wahał... no cóż, chyba nie znała innych argumentów, by go przekonać. I nie zamierzała bardziej naciskać.

    OdpowiedzUsuń
  94. Nie miała pojęcia, jakiej reakcji spodziewać się teraz po nim, ale czekając na nią, była jednocześnie podenerwowana i w pewnym stopniu zrezygnowana. Było tak, jakby znów dokonywał się podział na dwie Iye - tę, której wciąż rozpaczliwie zależało, by Dymitr ją zechciał, i tę, dla której to nie miało już żadnego znaczenia. Nie wiedziała sama, którą chce być, ale nie miała siły z nimi walczyć, zmuszona była po prostu zaakceptować ich obecność. Jej twarz i mocno bijące serce należały do tej pierwszej. Dłonie i usta - do drugiej. Jej oczy lśniły, błagając mężczyznę o jedno dobre słowo, ale ręce stały się nagle bezwładne, jakby zaraz miała zamiar je cofnąć. To rozdwojenie było o tyle męczące, że Dymitr milczał stanowczo zbyt długo, a ona nie miała pojęcia, co zrobi, jeśli nie zareaguje w następnej chwili.
    Może dlatego drgnęła nieznacznie, zaskoczona, gdy nagle poruszył się, robiąc coś, czego najmniej się spodziewała. Nie potrafiła oderwać wzroku od jego twarzy, od oczu skupionych na jego własnych ruchach, ale jednocześnie była świadoma każdego centymetra kwadratowego swojej skóry, czując jego dotyk prawie tak, jakby przenikał do środka, do tkanek, do kości. Mimowolnie przymknęła oczy, gdy dotarł do odsłoniętych obojczyków, w tej samej chwili zupełnie poddając się jego woli. Gdy więc przylgnął do jej warg, to choć w pierwszej chwili chciała krzyknąć z bólu, nie potrafiła nie odwzajemnić jego pieszczoty, bo wydawało jej się, że doskonale wie, co ona oznacza. Wpiła się w jego usta, a dłonie, dotąd bezwładnie porzucone gdzieś w dzielącej ich przestrzeni, zaplotła na jego karku, bawiąc się włosami i podrażniając delikatną skórę. Trwało to jednak stanowczo zbyt krótko, by zdążyła zrobić coś więcej, ale nie próbowała go zatrzymać. Dymitr był jak w transie, a przynajmniej w tej chwili w taki właśnie sposób odbierała jego zachowanie, więc nie chciała go z tego stanu wyrywać. Czekała na jego kolejny ruch, którym, ku jej zdziwieniu, było muśnięcie rany na wardze. Dopiero wtedy znów przypomniała sobie o niej, natychmiast unosząc do ust dłoń, jakby tym samym mogła złagodzić ból wywołany namiętnym pocałunkiem. Ale Dymitr znów ją zaskoczył, bo nie odsunął się, a wręcz przeciwnie, wciąż tkwił blisko niej, dotykając jej czoła swoim, tak, że widziała każdą plamkę i każdą kreseczkę w jego tęczówkach i znów mogła zachwycać się ich niesamowitą barwą. I gdy w kolejnej chwili odsunął się, by wziąć ją na ręce, wciąż była jak zahipnotyzowana, ledwie świadoma tego, że podniósł ją z podłogi wagonu i ułożył w miękkiej pościeli. Poddała się jego woli, nie mogąc oderwać od niego oczu; przymknęła powieki, gdy znów poczuła na skórze jego wargi, tym razem w miejscu, gdzie tą pieszczotą nie mógł sprawić jej bólu. Na jej usta wstąpił na moment lekki, wciąż jeszcze dość niepewny uśmiech, ale tkwił on tam jedynie przez krótki moment, bo w następnej chwili padły słowa Dymitra, które wręcz wbiły ją w materac.

    OdpowiedzUsuń
  95. - Dymitr! - rzuciła za nim w chwili, gdy otwierał drzwi, więc jej głos został zagłuszony przez paskudny zgrzyt metalu. Skrzywiła się, a potem usiadła szybko, czując nagłe zawroty głowy, wywołane w równym stopniu obrażeniami co targającymi nią emocjami. Bo teraz miała w głosie już prawdziwy mętlik. Nie miała pojęcia, co myśleć. Jej wyznanie brzmiało dość jednoznacznie, była tego pewna, więc nie rozumiała reakcji Dymitra. A właściwie rozumiała ją, ale tylko do chwili, w której poczuła jego wargi na swoim czole, bo gdy później odsunął się, zamiast położyć obok niej, nie już dłużej miała pojęcia, co się dzieje. Sądziła, że to wszystko - jego czuły dotyk, zachłanny pocałunek, delikatność, z jaką zaniósł ją do łóżka, troska, którą jej okazał, bo przecież wiedział, jak trudno jest jej się poruszać - cokolwiek znaczy. Jak widać, wcale nie, skoro potrafił w następnej chwili obrócić się na pięcie i wyjść, nie oglądając się na nią ani razu. Tak, niby obiecał, że wróci, a ona chciała mu wierzyć, ale to już nawet nie o to chodził! Martwiła się o niego. Poszedł Bóg jeden wie gdzie, a Iya dopiero teraz dostrzegła, że stacja była już pogrążona w głębszej ciemności. Noc. Chciała ruszyć za nim, ale nie potrafiła. Była zbyt zmęczona nawet na to, by płakać. Zakryła tylko twarz dłońmi, a potem wtuliła się w poduszkę, by po kilku długich chwilach zasnąć, skrajnie wyczerpana, choć niezdolna do uspokojenia się nawet, gdy pochłonęły ją ciemności snu - przecież Dymitr nie zamknął za sobą drzwi...

    OdpowiedzUsuń
  96. [dobrze Ci się dziś pisze, co? ;> cuudne było! ^^]

    Spała niespokojnie, rzucając się w z boku na bok w pościeli, która szybko przesiąkła jej potem, tak samo jak ubranie, które miała na sobie. Długa spódnica nie była najwygodniejszą